Jak nie wyjść głupio za mąż? To wcale nie jest takie proste!

Szum z Nieba Anna Lasoń-Zygadlewicz
data15.04.2019 07:00

(fot. Benita Elizabeth Vivin / unsplash.com)

Jeśli nie potrafisz kochać samej siebie, jeśli nikt cię tego nie nauczył, a na co dzień obijasz się o ludzi, którzy mają tę zdolność w nadmiarze - rośnie twój głód miłości "zewnętrznej".

 

Wyobrażasz sobie, że wszystko, co dobre, zacznie się dla ciebie dopiero wtedy, gdy poznasz właściwego mężczyznę. On będzie plastrem na twoje skaleczone serce, napędem do zmian, siłą do postawienia granic toksycznym rodzicom, motywacją do schudnięcia. Zauważyłam, że czasem kobiety samotne włączają tryb "stand-by", nie szukają swoich pasji, przeczekują i marzą, jak to będzie, gdy już będą żyły naprawdę. Czyli z NIM.

 

Problem w tym, że gdy kobieta nie akceptuje siebie, poprzeczka dla NIEGO idzie w górę. On będzie musiał kochać swoją wybrankę totalnie: za nią samą (skoro ona nie potrafi), za tatę (który nie umiał okazywać miłości), za mamę (która wyróżniała kogoś z rodzeństwa), za babcię, dziadka, koleżanki z klasy, pierwszą miłość (która skończyła się katastrofą) i za następne sercowe "kule w płot". W skrócie, jego zadanie będzie wyglądało tak: dostaje do ręki mapę Elbrusa z adnotacją: "Na szczyt, ale szybko! I to ze wszystkich stron naraz!". Znasz faceta, który by się tego nie wystraszył?

 

Pora na kilka słów prawdy… 

 

Czy wiesz, że dopóki sama siebie nie pokochasz i nie przyjmiesz jako daru, miłość mężczyzny będzie w rażącej dysproporcji do twojego głodu miłości? Nie zaspokoi go żaden człowiek, choćby nie wiem jak się starał, bo to zadanie tylko dla Boga. On jeden jest w stanie wypełnić cię taką miłością i akceptacją, tak głębokim poczuciem wartości, doświadczeniem bycia wybraną, jedyną i niepowtarzalną - że odtąd nie będziesz już żebrać o okruchy miłości. W dodatku sama zaczniesz karmić innych, bo będziesz miała z czego dawać!


Dopóki nie zaczniesz siebie kochać, będziesz używać innych do zaspokojenia twojego deficytu. Widziałaś kiedyś chatę góralską zbudowaną z bali? Pomiędzy nimi upchnięte są pakuły konopne. Mogą być ozdobne, splatane w warkocze itp., co nie zmienia faktu, że wpychane są między bale tylko po to, żeby nie wiało. A znasz faceta, którego marzeniem jest rola uszczelki w twoim życiu? Żeby ci nie wiało w oczy, żeby miał kto z tobą pójść na wesele kuzynki, załatwiać sprawy urzędowe, leczyć kompleksy, wyciągać z chandry, nauczyć gospodarowania pieniędzmi i okiełznać nadopiekuńczą mamę?


Małżeństwo to czas owocowania i rozdawania, więc "poskładać się" musisz wcześniej. Oczywiście nie sama, ponieważ masz do tego wiele narzędzi: rekolekcje ignacjańskie, psychologów i terapeutów, kierowników duchowych, modlitwę uwolnienia lub uzdrowienia wewnętrznego itp. Gdy zaczniesz szukać, na pewno znajdziesz ludzi, którzy ci pomogą. Ale to twoje zadanie, by z ich pomocy skorzystać. Natomiast w związek z mężczyzną wchodzisz po to, by dawać i przyjmować. Jeśli twoją główną motywacją jest branie, twój ukochany stanie oko w oko z odkurzaczem włączonym na pełną moc ssania!


Najlepszy czas na rozwój osobisty masz wtedy, gdy jeszcze jesteś sama. Poznawaj świat - i nie chodzi tu o podróże, ale o przyjazne poznawanie różnych ludzi i rozumienie ich. Przyglądaj się temu, jaką masz hierarchię wartości, z czego potrafisz zrezygnować, a gdzie nie zgadzasz się na kompromisy. Jeśli jako osoba samotna nauczysz się być przyjacielem innych, wniesiesz w swoje małżeństwo cenną umiejętność. Wszystko, co wypracujesz w sobie przed ślubem (wierność swoim zasadom, cierpliwość, umiejętność rozwiązywania konfliktów, dobrą komunikację zamiast fochów, życie swoją pasją, ale i zdolność do rezygnacji z własnych korzyści, gdy w grę wchodzi jakieś ważne dobro innych ludzi itd.) - będzie twoim posagiem. I pamiętaj, że w rodzinie czas na swój rozwój osobisty będziesz musiała wydzierać stęsknionym, dziecięcym rączkom. Lepiej inwestować w siebie teraz! 


Małżeństwo (i każdy poważny związek) mocniej konfrontuje cię z sobą samą. Dlatego warto się dowiedzieć, czego chcesz od życia i jak możesz realizować swoje marzenia, nie uwieszając się na kimś. Małżeństwo to nie czarodziejska różdżka, która zamieni szarzyznę twojej codzienności w kolorowy zamek Disneya. Ten zamek musisz zacząć budować sama, dopiero na wykończeniówkę zaprosisz kogoś, kto zafascynuje się twoim dziełem.


Desperacja jest złym doradcą (i bardzo mało pociągającą cechą). Moja ciotka wyszła za mąż za mężczyznę, który zagroził, że jeśli ona odejdzie - on rzuci się pod pociąg. Skończyło się to jego alkoholizmem, jej samotnością i wspólnym rozwodem. Co ciekawe, nie znam ani jednego przypadku, żeby mężczyzna ożenił się z desperatką. Może panowie są mniej altruistyczni?

 

Prowizorka, czyli związki "na przetrwanie"

 

Rozglądając się wokół siebie, bez trudu znajdziesz pary, które są ze sobą głównie dlatego, że dziewczyna boi się samotności. Idzie więc na kompromis udając, że jest OK, ale tak naprawdę, chce przeczekać w tym związku do znalezienia lepszego kandydata. To najgorsza strategia z możliwych, a zarazem bardzo powszechna. W dodatku czasem prowadzi do "małżeństwa z rozsądku", gdy para nieoczekiwanie skręci w kierunku rodzicielstwa.


Wyobraź sobie, że kupujesz dom. Zamawiasz rzeczoznawcę, żeby wycenił tę nieruchomość. Prosisz znajomego inżyniera budownictwa, żeby sprawdził stan techniczny budynku. Ten ocenia, że choć budynek z zewnątrz wygląda nieźle, to biorąc pod uwagę ściany nośne - taki dom to potencjalna katastrofa budowlana! I co, kupisz go, żeby w nim szczęśliwie przeżyć całe życie? Nie sądzę.

 

Ludzie w sprawach materialnych są o wiele roztropniejsi niż przy podejmowaniu decyzji, które będą miały wpływ na ich szczęście przez następnych kilkadziesiąt lat. Najważniejsze wybory życiowe podejmują czasem pod wpływem frustracji, z chęci zemsty, z lęku przed samotnością lub z potrzeby ucieczki z domu rodzinnego. Dlaczego niektóre kobiety trwają w relacjach, o których wiedzą, że są tylko "na kilka lat", a nie na całe życie? Przecież związek to nie poczekalnia na dworcu kolejowym - gdy podjedzie "twój" pociąg, to z niej wyjdziesz i wskoczysz do niego. Każdy rok w "związku tymczasowym" zabiera ci kawałek szansy na prawdziwą, głęboką, wyłączną i pełną miłości relację małżeńską.


A jeśli chodzisz z mężczyzną, który jest fanatykiem religijnym, stosuje przemoc psychiczną lub fizyczną, jest chorobliwie zazdrosny lub nadużywa czegokolwiek, a myślisz, że po ślubie on się zmieni - witaj w wielomilionowym Klubie Męczennic. Kobiety od czasu wywalczenia sobie praw wyborczych same sobie robią tę krzywdę (bo wcześniej robili im ją rodzice i swatki). Możesz być pewna, że jeśli ktokolwiek tu się zmieni, to raczej ty. I trudniej ci będzie z tym żyć.   

 

Rozejrzyj się, świat jest pełen mężczyzn!

 

Nie wiem, jaką masz relację z Bogiem, ale nie ulega wątpliwości, że jedną z Jego cech jest to, że On jest Tatą. Mocnym, mądrze kochającym, więc dającym dużo wolności i okazji do podejmowania decyzji. Jeśli jesteś córką na wydaniu, Tata nie będzie aranżował małżeństwa za ciebie. Natomiast stworzy ci wiele możliwości do poznawania mężczyzn (i samej siebie), żebyś wiedziała, czego szukasz. Nie będzie cię trzymał pod kloszem, ale też nie pozwoli, żeby napalony absztyfikant z imprezy zaciągnął cię do łóżka. Nie pozwoli… chyba że ty sama na to pozwolisz.


Tata będzie ci dawał sygnały ostrzegawcze, gdy wpakujesz się w toksyczną relację. Jeśli zadasz Mu pytanie - odpowie ci, nawet jeśli uważasz, że nie potrafisz Go słuchać. Będzie mówił przez Słowo Boże, przez innych ludzi, przez zbiegi okoliczności i "przypadki". Jeśli nie wybierzesz opcji "skok na łebka", tylko poczekasz i przyjrzysz się swojemu wybrankowi, Tata dostarczy wam różnorodnych okazji do poznania się nawzajem (pod warunkiem, że swoje randki będziecie też spędzać wśród ludzi, a nie w domu na kanapie).


A jeśli nie widzisz na horyzoncie nikogo wartego zainteresowania? Postaw na przyjaźń, w ten sposób wiele można się nauczyć o mężczyznach. Co z tego, że twój kolega z działu obok z wyglądu przypomina Hatifnata1, jeśli jest mądrym człowiekiem, pełnym pasji i radości życia? Porozmawiaj z nim, poznaj go, umów się, a będziesz bogatsza o bezcenną wiedzę na temat mężczyzn (poza tym, Hatifnat może mieć ciekawych kolegów).


Poszukaj koedukacyjnego grona znajomych, nie chodź wyłącznie na spotkania 1:1. Gdy grupa ludzi angażuje się w jakieś dobre dzieło, przyjaźnie rodzą się same.

 

Dobro powraca

 

A teraz pewna humorystyczna obserwacja. Pracuję w sąsiedztwie świetlicy środowiskowej, gdzie ekipa pracowników i wolontariuszy zajmuje się dziećmi z rodzin zagrożonych marginalizacją społeczną. Świetlica prowadzi profesjonalną terapię, a wolontariusze włączają się w proces wychowania dzieci: pomagają im odrabiać lekcje, rozwijają talenty wychowanków, uczą zasad współżycia społecznego. Kolejnymi kierowniczkami świetlicy były pasjonatki, pełne wewnętrznej siły profesjonalistki, a zarazem kobiety o wielkim sercu do dzieciaków. Łączyło je coś jeszcze: wszystkie poślubiły mężczyzn, którzy byli wolontariuszami w tej świetlicy.

 

Pasjonaci się przyciągają? Owszem, ale ci mężczyźni wykazali się głęboką mądrością życiową. Skoro ich wybranki potrafiły tak ofiarnie i twórczo opiekować się cudzymi dziećmi, to jakimi mamami będą dla własnych? Czysty zysk dla faceta szukającego najlepszej kandydatki na żonę! To, co piszę, nie jest zachętą do szukania sobie męża poprzez wolontariat (choć pewnie nie jest to całkiem niedorzeczny pomysł), ale jeśli czujesz się samotna, nie wierzysz w siebie, walczysz z myślami o swojej bezwartościowości - zrób coś dla innych. Zobaczysz, jaka fala dobra powróci do ciebie rykoszetem!