Problem z Papieżem jezuitą [WYWIAD]

Marek Blaza SJ / Jacek Siepsiak SJ
data19.01.2016 14:30

(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)

Antyreklama jest dźwignią handlu. Można niby robić wszystko, by zniechęcić do kupna książki a jednak chcieć ją sprzedać.

 

"Rzeczpospolita" zaprezentowała opasły tom Antonio Socciego pt. "Czy to naprawdę Franciszek?" w ten sposób, że trudno nie odnieść wrażenia, iż chodziło redakcji o zdyskredytowanie owej pozycji. Wywiad z autorem odkrył sporo z jego "postmodernistycznej" motywacji.

 

O Terlikowskim szkoda gadać, bo wszyscy wiedzą, jaki jest, a zresztą "Rzepa" jakby wstydliwie dała tylko króciutki jego komentarz. Cenckiewicz dostał dużo więcej miejsca, ale wiadomo, że jak się jemu podoba, to nie może to być solidne. Sensacja nade wszystko! Im bardziej niewiarygodne, tym lepiej.

 

Lecz może właśnie o to chodziło: o sensację? Bo jak inaczej sprzedać książkę, która warsztatowo jest nieźle napisana, wciąga i ma w sobie coś z kryminału, jest osadzona w trochę tajemniczych realiach Watykanu, tylko że... fabuła jest wyssana z palca.

 

Istny… Dan Brown! Jego sprzedali jako "zupełnie prawdopodobną" sensację, do tego podlaną sosem objawień i przepowiedni, to czemu nie sprzedać tak i Socciego (podlanego podobnym sosem)? Czemu nie? No chyba że jest się szanującym wydawnictwem, które np. nie wydaje pornografii (ta się też dobrze sprzedaje). A propos wydawnictwa: w internecie jest podane jedno, w środku książki jest jakaś inna nazwa i adres, a na okładce nic nie ma. Może się wstydzą?

 

Można by tę pozycje sprzedawać jako satyrę. Naprawdę pokładałem się ze śmiechu, gdy autor żonglował jezuickimi regułami. Zakładam, że nie było w tym złej woli. Po prostu się nie zna (tłumacz jeszcze mniej). Coś gdzieś usłyszał i wysnuł wnioski zupełnie niezgodne z zapisami jezuickich Konstytucji. Jako jezuita serdecznie się uśmiałem. Ale inny czytelnik niestety zamiast się śmiać, może pomyśleć, że tak jest naprawdę… i może się przerazić.

 

Dlatego postanowiłem pogadać z fachowcem. Insynuacje Socciego osnute są na stwierdzeniu, że papież Franciszek nie jest papieżem, że nigdy nie został nim wybrany. Powodem miałoby być zaniedbanie proceduralne podczas konklawe. Niby banał, szczególik, a jednak, gdyby dać wiarę autorowi, to mogłoby to grozić schizmą Kościoła. Już miewaliśmy antypapieży. Wspólnota chrześcijańska przeżyła to bardzo boleśnie.

 

Aby przyczynić się do reperowania zdrowia rodaków śmiechem, pociągnąłem za język człowieka, który się zna na kościelnym prawie, na historii owej instytucji. Poprosiłem, by wyjaśnił kilka kwestii, tak by nie trzeba się było z trwogą gubić wśród zawiłości żonglerki Socciego, lecz spokojnie pośmiać się z przemilczeń, niedokończonych paragrafów, insynuacji, a zwłaszcza zrozumieć, skąd się biorą tak pokrętne sposoby interpretacji.

 

Oto pierwsza część wywiadu z Markiem Blazą SJ, m.in. wykładowcą teologii ekumenicznej i dogmatycznej w Papieskim Wydziale Teologicznym, Sekcja św. Andrzeja Boboli, Collegium Bobolanum w Warszawie.

 

Jacek Siepsiak SJ: Uderza mnie to, że Socci często argumentuje sam z siebie, jako eksperta cytuje własne artykuły i opiera się na własnych opiniach, jak na autorytecie.

 

Marek Blaza SJ: No właśnie. Na przykład: "Kardynał Bergoglio zdawszy sobie sprawę z nieprawidłowości proceduralnej na konklawe i odkrywając nieważność swojej elekcji, nie będzie udawał, że nic się nie stało, aby tylko trzymać się stołka. To nie w jego stylu. On powinien wycofać się jako pierwszy niczym Celestyn V, któremu poświęcił tyle słów zachwytu, jak i Benedykt XVI, którego rezygnację Bergoglio wychwalał jako gest wielkiej pokory i odwagi".


A ci obaj papieże, czyli Celestyn V i Benedykt XVI, byli ważnie wybrani. Czyli już podpowiada papieżowi, co on teraz powinien zrobić. Natomiast wiemy skądinąd, że po prostu Socciemu się ten papież nie podoba. To jest taka teza: "Bo mi się ten papież nie podoba". To jest śmieszne, ponieważ z jednej strony nie chce uchodzić za tradycjonalistę, chociaż używa często słów "nowinkarze", "moderniści" i broni oczywiście "skrzywdzonego" Zgromadzenia Franciszkanów Niepokalanej i robi to z punktu widzenia wprost tradycjonalistycznego. A z drugiej strony posługuje się metodami postmodernistycznymi, czyli: "Bo mi się nie podoba".


Jest na przykład takie sformułowanie odnośnie do jezuitów (to jest zresztą następny wątek, który też musimy podjąć): "Należałoby spytać, czy po tej linii Towarzystwa Jezusowego idą wpływowi współcześni jezuici Rahner i Martini". Oczywiście z punktu widzenia naszego autora to są moderniści. I teraz autor mówi: "Bergoglio chyba należy do tego nurtu Towarzystwa [czyli tego modernistycznego], a nie do tego, który ja bym osobiście wolał".

 

"Ja bym osobiście wolał" - to jest bardzo charakterystyczne dla niego. Niby broni tradycji katolickiej, a odwołuje się do postmodernizmu, czyli właśnie do tego, co mi się podoba, co ja bym wolał. Taki koncert życzeń. Czyli tak naprawdę sam jest ofiarą postmodernizmu, w tej swojej metodzie.


Niestety to jest częsty zabieg tak zwanych tradycjonalistów, bo to nie są żadni tradycjonaliści. Głoszą treści, które są konserwatywne, ale metodami postmodernistycznymi: Bo mi się wydaje… Bo ja bym tak wolał…

 

"Bo mi się to podoba" jest sugestywne, ale...

 

W teologii katolickiej, która bazuje na filozofii tomistycznej, jest coś takiego jak istnienie rzeczy czy stanu rzeczy obiektywne. Czyli może na przykład - czy mi się to podoba, czy nie - istnieć jakiś byt, o którym nie mam pojęcia. I on istnieje, niezależnie od tego, czy ja o nim wiem, że on istnieje, czy nie. Tak po prostu jest: jest coś obiektywnie.

 

Oczywiście ja mogę się z tym zgadzać lub nie, ale od strony filozoficznej nie ma to nic do rzeczy. To jest tak jak prawo: jest prawo, jak się czasem mówi "dura lex, sed lex", czyli "twarde prawo, ale prawo". Coś mi się nie podoba, ale takie ono jest. Jeżeli przechodzę na czerwonym świetle i nic nie jedzie, a policjant mnie zatrzyma i każe mi zapłacić mandat - no takie jest w Polsce prawo. Może mi się ono nie podobać, bo w innych krajach wtedy można przechodzić, a w Polsce jest takie prawo, że policjant może mi wypisać mandat. I mogę dyskutować, ale obiektywnie on ma rację.


Tu właśnie mamy do czynienia z tym mechanizmem: "Bo mi się podoba...". Poza tym pojawia się takie sformułowanie: "Niektóre z ważnych wypowiedzi papieża Franciszka, jak zaraz zobaczymy, kontrastują z odwiecznym nauczaniem Kościoła". Jako żywo, co to znaczy "z odwiecznym nauczaniem Kościoła".

 

Kościół jako instytucja, ta, w której jesteśmy teraz, istnieje - powiedzmy - od czasów apostolskich, aż do końca świata. Kościół nawet - paradoksalnie można powiedzieć - w tej sytuacji jest rzeczywistością prowizoryczną. Zresztą papież to "Vicarius Filii Dei" - "Namiestnik Syna Bożego". Czyli właściwie to są rządy tymczasowe. Papież to jest rząd tymczasowy, a Król jest jeden - tylko Chrystus.


Dlatego też tworzenie takich deifikacji Kościoła: "odwieczne" - jak może być "odwieczne nauczanie Kościoła"? Nie ma czegoś takiego. Nawet dogmaty. Jeżeli weźmiemy, to właściwie do I Soboru Nicejskiego, do 325 roku, nie ma w Kościele, w chrześcijaństwie, żadnych dogmatów. Te prawdy dopiero się kształtowały, i to nieraz w sposób bardzo burzliwy, zwłaszcza w III wieku. Nie było jednak wtedy żadnych ogłoszonych dogmatów. Kościół istniał i wcale nie znaczy, że wszystko było źle, bo nie było dogmatów. A "odwieczne nauczanie" - to co? Od Adama i Ewy? To wygodna "przykrywka".


Pojawia się również zarzut o sformułowanie, że Bóg nie jest katolicki albo Bóg nie jest katolikiem. No bo nie jest katolikiem. Czy Bóg został ochrzczony w Kościele katolickim, żeby zostać katolikiem?

 

Bóg mógłby być ochrzczony w innym Kościele i przejść na katolicyzm.

 

Tylko że to jest właściwie groteska. Przecież ludzie, którzy szukają Boga, jeśli coś takiego przeczytają, to będą się nam śmiać w oczy i będą mieli rację, niestety, że coś takiego ktoś głosi, że Bóg jest katolikiem. Jak można w ogóle bronić takiej tezy.


Poza tym jest też teza o sumieniu. To bardzo śmieszne, zabawne wręcz. Dlaczego? "Bergoglio mówi: Jeżeli ktoś nie wierzy w Boga, ważne jest, żeby był posłuszny własnemu sumieniu. Grzech także w wypadku kogoś niewierzącego jest wtedy, kiedy się postępuje wbrew sumieniu. Słuchać go i być mu posłusznym oznacza bowiem podejmować decyzję w obliczu tego, co postrzegane jest jako dobro lub zło. I w tym rozstrzygnięciu rozgrywa się dobro lub zło naszego postępowania".


I potem podaje autor Magisterium Kościoła, które właściwie - zwłaszcza Katechizm Kościoła Katolickiego - mówi dokładnie to samo, ponieważ mamy coś takiego w Kościele jak sumienie błędne. I sumienie błędne to jest nieprawdziwe, ale prawe. Najśmieszniejsze jest to, że autor krytykuje papieża Bergoglio za powoływanie się na sumienie, a na samym końcu swojej książki cytuje słowa Johna Henry Newmana, kardynała (mające usprawiedliwić postawę autora): "Jasne, że powinienem wznieść toast po obiedzie i ja go wznoszę za papieża, ale najpierw za sumienie, a potem za papieża. Sumienie jest kurierem tego, który w świecie natury i w świecie łaski przemawia do nas w ukryciu, poucza nas i prowadzi. Sumienie jest pierwszym ze wszystkich wikariuszy Chrystusowych".

 

Gdy on mówi o nieposłuszeństwie papieżowi, to postmodernistom dostaje się bardzo mocno…

 

No tak. "Bo mi się nie podoba...". Śmieszne jest to… No dobrze, jeżeli on uważa w sumieniu, że tak ma być, to dlaczego krytykuje Bergoglio, że właśnie o tym mówi. Bo Socci sam to zauważa: "Gdy tutaj mówi się o sumieniu, to rzecz jasna chodzi o prawe sumienie". No, ale prawe sumienie to nie znaczy, że prawdziwe.


Z uwzględnieniem wszystkich niezbędnych uściśleń Magisterium, na które zwróciliśmy uwagę, można dopatrzeć się niejednoznacznego używania słowa sumienie w dialogach Scalfariego z papieżem Bergoglio. Jeżeli ktoś ma złą wolę i chce doszukać się nieortodoksyjności w tym, co mówi Bergoglio, to oczywiście, że jak psa się chce uderzyć, to kij się zawsze znajdzie.

 

Natomiast jeżeli ktoś ma choćby odrobinę dobrej woli, to co najwyżej można powiedzieć, że w tych sformułowaniach Bergoglio mogą być pewne skróty myślowe. A trzeba pamiętać, że to jest wyjęte z rozmowy, a nie jest to jakieś precyzyjne nauczanie Kościoła. W tym nie ma nic zdrożnego i nic przeciwnemu temu, co mówi nauka Kościoła katolickiego na przykład na temat sumienia czy na temat tego, co jest później powiedziane, że Bóg nie jest katolikiem.


Są też takie śmieszne rzeczy, na przykład, odnośnie do prozelityzmu. "Papież mówi: Prozelityzm jest głupotą pierwszej klasy. Nie ma sensu. Trzeba się poznawać, wsłuchiwać i powiększać znajomość świata, który nas otacza". A z drugiej strony, jako przeciwwagę po prostu daje się cytat z Drugiego Listu do Tymoteusza, tak jakby to miała być odpowiedź na tezę papieża. Nie wiadomo dlaczego. "Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, głoś naukę, nastawaj w porę i nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu, z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz".


Poza tym wiemy, że prozelityzm faktycznie w dzisiejszych czasach nie służy temu, by ludzie przechodzili z jednego wyznania do drugiego. Prozelityzm może mieć różne oblicza. Może mieć także oblicze materialne: "Jak przejdziesz do mojego Kościoła, to ja ci dam dobrą i stałą pracę". Nieraz takie rzeczy się zdarzają. To, co mówi papież, że prozelityzm jest głupotą pierwszej klasy, ma sens. Nieraz prozelityzm może być płytki, jego motywacja wcale nie musi być głęboka. Na przykład ktoś się pokłócił z proboszczem rzymskokatolickim, to teraz idzie do Kościoła starokatolickiego i zaczyna tam chodzić na Msze, bo mówi: "Pokłóciłem z proboszczem". Czy pokłócenie się z proboszczem jest racją dostateczną dla przejścia do innego Kościoła?

 

Trzeba wziąć pod uwagę kontekst całości. Przypisuje się, że skoro papież mówi, że prozelityzm jest głupotą pierwszej klasy i nie ma sensu, to znaczy, że ten papież jest za indyferentyzmem. Czyli jeżeli ktoś - idąc tym tokiem rozumowania - nie przeczytał w jakiejś książce jednego przypisu, to znaczy, że nie przeczytał całej książki? No bo nie przeczytał całej książki - przecież przypisu nie przeczytał. Czyli nie jest gotowy do zrelacjonowania treści całej książki!?


I przejdźmy teraz do argumentu najbardziej zdumiewającego nas, jezuitów. Owszem, są dwa cytaty jezuitów po wyborze kardynała Bergoglio na papieża, które nas, jezuitów, nie dziwą. Zresztą ja sam na Deonie kiedyś też napisałem "Koniec świata, jezuita papieżem". Bo faktycznie, pamiętamy, był to dla nas, jezuitów, pewien szok. Nie po to zostajemy jezuitami, żeby zostawać papieżami. To jest jasne. I stąd na przykład ojciec Spadaro powiedział: "Dla nas to było wielkie zdumienie. Ja sam na początku trochę nie dowierzałem. Dla nas bowiem to jest coś dziwnego. Jezuita zawsze miał być w służbie papieża. Dla mnie było to coś wbrew logice, bo my składamy także ślub nieprzyjmowania stanowisk kościelnych, jak na przykład biskupstwa, więc to jest dla nas coś nadzwyczajnego".


Inny jezuita, ojciec Bartolomeo Sorge, były szef "Civiltà Cattolica", powiedział: "My, jezuici, nie możemy zostawać wysokimi hierarchami, biskupami, bo składamy ślub odrzucenia wszelkiej godności kościelnej. Tym mniej można było przewidzieć, że jezuita zostanie papieżem. Oczywiście zdarza się czasem, że papież zrobi jezuitę biskupem albo kardynałem, jak to było z kardynałem Martinim, ale w takich razach papież musi zawiesić nasze Konstytucje, a papieżowi na pewno wolno to zrobić".


To zdaje się być wszystko w miarę prawdziwe.

 

Nie do końca. Papież nie zawiesza Konstytucji.

 

Ja bym powiedział - to jest takie tłumaczenie dla ludzi, którzy nie są obeznani z meandrami działania Towarzystwa Jezusowego. I on to tak powiedział… My to rozumiemy jako jezuici, że on tak to powiedział, że papież może zawiesić… To nie jest jednak tak, że papież zawiesza Konstytucje, tylko papież może na przykład nakazać jezuicie, że ma zostać biskupem.

 

No nie, on to potem wykorzystuje, że papież może zawiesić Konstytucje… Tak naprawdę papież nie zawiesza Konstytucji, bo to w naszych Konstytucjach jest przewidziane.

 

Natomiast ciekawe jest to, że Socci, powołując się na powyższe wypowiedzi jezuitów, twierdzi: "Oto mamy więc problem. Papież może zawiesić Konstytucje zakonu jezuitów [czyli czepił się tego, że może zawiesić Konstytucje], ale konklawe nie może tego uczynić". Ale to jest już zupełny kosmos.

 

Ale może wyjaśnijmy naszym czytelnikom, że…

 

Ja to może przeczytam, co pisze dalej Socci, a potem wyjaśnimy, dlatego że tu jest wiele nieścisłości w tym tekście. Czytam więc dalej:
"Żaden jezuita dotychczas nie został papieżem. To nie przypadek".

 

No, nie został. "Ojciec Sorge zdaje się zapewniał, że ojciec Bergoglio składał te śluby, zwane też «małymi» ślubami lub przyrzeczeniami. Co zatem mogło się stać? Jak widać, kiedy pytano go, czy przyjmuje wybór na papieża, i odpowiedział pozytywnie, nie pamiętał, że zobowiązał się do odrzucania wszelkich godności kościelnych. Amnezja?".


No i konkluzja jest taka: "O ile Niocolas Vias mógł zatytułować książkę o Ratzingerze «Człowiek, który nie chciał być papieżem», książce o kardynale Bergoglio musiałby dać tytuł «Człowiek, który zapomniał, że nie może być papieżem»".


I teraz przechodzimy do tłumaczenia.


Po pierwsze, polskie tłumaczenie, że jezuita składa, ojciec Bergoglio złożył tak zwane małe śluby, to w ogóle dla czytelnika nieobeznanego z Towarzystwem Jezusowym nic nie znaczy, a i jezuita miałby problemy z tym, co autor ma dokładnie na myśli. A ma dokładnie na myśli to, że ojciec Bergoglio jako profes czterech ślubów złożył najpierw cztery śluby publicznie, uroczyście: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa oraz posłuszeństwa papieżowi odnośnie do misji. (Bo tutaj też często się pojawia u autora, że ten czwarty ślub to jest posłuszeństwo papieżowi. To nie jest to, bo posłuszeństwo papieżowi wynika po prostu ze ślubu posłuszeństwa. Tylko posłuszeństwo papieżowi odnośnie do misji. Papież może profesowi czterech ślubów powierzyć konkretną misję i ten jezuita ma to wykonać na mocy tego czwartego ślubu).


Natomiast oprócz tych czterech ślubów jezuita-profes składa tak zwane śluby zakrystyjne. To, co tu, w książce, jest określone jako "małe śluby", jezuici nazywają potocznie: śluby zakrystyjne. Dlatego że są one z zasady składane (już po uroczystej profesji w kościele) w zakrystii, na ręce tego, który przyjmował profesję uroczystą. A profesję uroczystą może przyjmować każdy profes. Z zasady to powinien być generał, potem prowincjał, ale może delegowanym zostać każdy profes Towarzystwa Jezusowego - może przyjąć profesję współbrata.


Ciekawa rzecz. Taki jest detaliczny (szczególarz) ten Socci, a tu ani nie mruknie, jak te śluby brzmią, a przecież one są ogólnie dostępne, my nie jesteśmy masonami i ich nie chowamy… To nie jest żadna tajemnica, jak brzmią te śluby. I faktycznie trzeci ślub mówi o tym, że profes nie będzie się ubiegać o żadne godności w Kościele. Ale piąty ślub mówi, że "gdybym pomimo trzeciego ślubu został wyświęcony na biskupa, wtedy zawsze będę gotowy wysłuchać rady przełożonego generalnego lub tego, kogo on mi przyśle z Towarzystwa".


Polega to na tym, że jeżeli Normy - są też tak zwane Normy Uzupełniające do Konstytucji - mówią, że jeżeli jezuita staje się kandydatem do biskupstwa, wtedy sprawa jest konsultowana z generałem zakonu. I jeżeli rozeznają, że na większą chwałę Bożą będzie, żeby on jednak przyjął sakrę, wtedy w moc wchodzą wszystkie kanony Kodeksu Prawa Kanonicznego, które mówią o statusie biskupa zakonnika. Czyli on formalnie jest w zakonie, ale już jest zwolniony choćby ze ślubu ubóstwa w sensie ścisłym, no bo musi przecież zarządzać diecezją. To nawet nie chodzi o jego prywatny dobytek, ale ma zarządzać diecezją, czyli musi obracać pieniędzmi, jakkolwiek, choćby za pośrednictwem ekonoma diecezji, ale to on jest odpowiedzialny.

 

To też oznacza, że nie może słuchać przełożonego zakonnego kosztem niezależności jako biskup diecezjalny.

 

Tak, on decyduje samodzielnie. Natomiast ten piąty ślub mówi, że nie omieszka wysłuchać rady. Ale w jakim sensie? Nie że za każdym razem ma się pytać generała, co ma robić. Ta ewentualna rada ma przyjść z inicjatywy generała jezuitów, a nie odwrotnie… Bo oczywiście były też takie pytania, kiedy został wybrany kardynał Bergoglio, czy on przed przyjęciem urzędu zadzwonił do generała zakonu, czy może przyjąć wybór. Absolutnie nie musiał.

 

Był już biskupem…

 

Był już biskupem i dlatego on już nie podlega prawu Towarzystwa jak inni jezuici. I tu nie trzeba zawieszać żadnych Konstytucji Towarzystwa, ponieważ jeżeli on został biskupem - tak jak wspomniałem - on podlega już wtedy pod kanony mówiące o biskupach zakonnikach. Owszem, formalnie jest jezuitą i jedyne - to wynika z prawa zakonnego - jest ten piąty ślub zakrystyjny, że nie omieszka wysłuchać rady przełożonego generalnego lub tego, kogo przyśle mu przełożony generalny z Towarzystwa. Rady! Ale on nie musi się dostosować do tej rady.

 

I nie musi o nią prosić.

 

Z tych ślubów wynika, że to jest inicjatywa generała, że chce takiej rady udzielić biskupowi-jezuicie.


To całe tłumaczenie zamieszczone w omawianej przez nas książce - to po prostu nieznajomość zakonu Towarzystwa Jezusowego. Dla jezuitów to, co czytamy w tej książce, to są niedorzeczności.


W każdym razie, zamykając wątek jezuicki, trzeba powiedzieć, że raczej jest to zupełna ignorancja. Widać, że jest to wyciąganie wniosków odwrotnych, niż założone przez twórcę owych ślubów, które składa profes czterech ślubów. Widzimy, że cała ta argumentacja to piękna konfabulacja.

 

Jest tam dużo naciągania. Dla nas, jezuitów, jest to oczywiste. Jeżeli chodzi o te śluby i to stwierdzenie, że on wiedział, że nie może zostać papieżem, a mimo to został - jest dla mnie zupełnie absurdalne. Natomiast też interpretacja niektórych wypowiedzi kardynałów, które później się pojawiły w różnych publikacjach, jakieś wspomnienia o konklawe… Jest pytanie, co tam może być ujawnione, a co nie może. Bo tam są nieraz takie rzeczy, które nie są związane z konklawe. Ale rzeczywiście wnioski, które Socci wysnuwa, są zadziwiające. Wcale tam nie musi być powiedziane to, czego on się dopatrzył. To jest takie na siłę szukanie autorytetu na jakąś tezę, która gdzieś mu zaświtała w głowie.

 

Poza tym warto jeszcze zwrócić uwagę na rozdział związany z różnymi objawieniami. Jest tam wizja tak zwanej trzeciej tajemnicy fatimskiej. Autor o Bergoglio mówi, że unika tytułu "papież", tylko mówi o sobie biskup. I teraz pamiętamy - ta wizja tego białego biskupa pierwotnie była odnoszona do Jana Pawła II, do zamachu. Teraz Socci mówi "nie". To nie o to w tej wizji chodziło. Chodziło właśnie o Franciszka, że to on jest tym biskupem odzianym w biel. Czyli ta jedna wizja może jednocześnie - okazuje się - działać w kilku różnych interpretacjach.


Stąd Socci twierdzi: "W Annuario Pontificio na rok 2013 rzuciła się w oczy nowość. Nowy papież zechciał, żeby na stronie 23 podpisano go w dwóch linijkach - jako Franciszka biskupa rzymskiego, wszystkie natomiast inne tytuły znajdują się na następnej stronicy, która w wydaniu w roku 2012 była pusta. A poprzednio Benedykt XVI, jak inni papieże, wpisany był na jednej stronie ze wszystkimi tytułami". I jeszcze do tego był podpisany Benedictus papa, a nie tylko po prostu Francesco. Czyli teraz to należy jakby do istoty sprawy - te tytuły papieskie.


Przecież papież jest biskupem Rzymu - to jest podstawowy tytuł. I nawet można by powiedzieć, że ten początek pontyfikatu, kiedy papież zwracał się do zebranych jako biskup Rzymu, bardzo podkreślał lokalność Kościoła rzymskiego. To jest nic zdrożnego, ponieważ papież jest ordynariuszem archidiecezji rzymskiej. Po prostu.

 

Biskup Rzymu jest papieżem.

 

Po prostu. I tutaj nie ma sensu insynuacja, że on się nagle czegoś zrzeka. Co to za argument, że papież wyświęca kapłanów w diecezji rzymskiej. No wyświęca, bo jest ordynariuszem tej diecezji. Oczywiście w zarządzaniu pomaga mu kardynał wikariusz dla archidiecezji rzymskiej. Wiadomo, że papież nie może się zajmować wszystkim.

 

Ale ten kardynał to jest tylko wikariusz dla archidiecezji rzymskiej. Jeżeli stolica rzymska wakuje, to ten wikariusz staje się tak naprawdę tylko administratorem diecezji rzymskiej w tym momencie. Jest wakat na stolicy rzymskiej. I tyle w tym temacie. Tutaj już się niczego innego po prostu nie wymyśli.

 

Jest to też pewien problem teologiczno-historyczny, że próbuje się tworzyć coś, co jest ponad biskupem Rzymu: jakby papież był ponad biskupem Rzymu. W historii Kościoła tego typu zarządzanie miało gdzieś swoje kontrowersje.

 

To, co się przewija, zresztą nie tylko w tej książce, to problem - powiedzmy - Kościoła łacińskiego, generalnie. Wschodnich nie, dlatego że w Kościołach wschodnich jest trójstopniowa struktura hierarchiczna. Czyli jest biskup, jest patriarcha i jest papież.

 

Problemem - o tym właściwie już nie pisze Socci - było, żeby Benedykt XVI przestał używać tytułu patriarcha Zachodu. Może dla Kościoła zachodniego to był tytuł mało ważny. Dla Kościołów wschodnich to tytuł bardzo istotny, że papież jest jednak patriarchą Zachodu. Bo de facto on jest patriarchą Zachodu. De facto jest, może nie de iure. I teraz znowu wracamy do tego, że pewne rzeczy to są prerogatywy, które papież ma jako biskup Rzymu, ale też jako patriarcha z prawa kościelnego, a inne ma z prawa Bożego.


I stąd na przykład w katolickich Kościołach wschodnich nieraz proszono papieża, by - kiedy wydaje dokumenty - napisał, czy adresatem tego dokumentu jest cały Kościół katolicki, czy tylko Kościół rzymskokatolicki, czyli Kościół łaciński. My tego na Zachodzie nie rozumiemy. I co wtedy robimy? Na wszelki wypadek dogmatyzujemy wszystko, również to, co nie należy do praw Bożych, tylko do praw kościelnych. W tej całej mentalności, w tym, jak to opisuje Socci, to jest właśnie to - przesadne dogmatyzowanie urzędu biskupa rzymskiego. Tak jakby wszystko w tym urzędzie było dogmatem.

 

A z drugiej strony Socci też wpada we własną pułapkę. Zarzuca papieżowi, że on wcale taki synodalny nie jest, bo Kurią rządzi żelazną ręką. To znaczy - Socci myli dwie rzeczy. Kuria to nie jest episkopat świata. On uważa, że synodalność polega na tym, że w Kurii mogą robić, co chcą, że mogą rządzić papieżem. Kuria to nie jest - jakakolwiek to nazwiemy - sobór czy synod, zgromadzenie biskupów diecezjalnych, patriarchów, tylko to jest urząd, który ma pomagać papieżowi w zarządzaniu.

 

To jest właściwie raczej władza wykonawcza, a nie ustawodawcza. Jest też tam władza sądownicza rozumiana jako najwyższy arbiter sądowniczy. Synodalność zaś jest tam, gdzie znajduje się władza ustawodawcza, a Kuria to jest władza wykonawcza.

 

To taka Rada Ministrów.

 

To tak jakbyśmy teraz z ministerstw zrobili takie miejsce na pogawędki: no to podyskutujmy sobie w ministerstwie, czy te ustawy wcielać w życie. A może je trochę zmodyfikujemy?

 

Od tego jest parlament…

 

No właśnie, czyli od tego jest sobór powszechny, od tego jest synod biskupów, od tego może być papież, bo papież też jest władzą ustawodawczą. Ale papież jako ustawodawca radzi się najpierw biskupów lub innych specjalistów, zanim skorzysta ze swojej władzy ustawodawczej.

 

Trzeba przypomnieć, że zgodnie z prawem kanonicznym najwyższą władzą w Kościele katolickim jest papież wraz z kolegium biskupów. Kuria rzymska nie jest zatem organem ustawodawczym; jest organem wykonawczym. Dlatego jeśli to jest organ wykonawczy, to on ma wypełniać polecenia, które są wydane…

 

Ma sprawnie działać, nie gadać…

 

A nie gadać.


Jest też inny śmieszny tekst w tej książce. Chodzi o wizje Anny Katarzyny Emmerich, Leona XIII i dodanie modlitwy do św. Archanioła Michała. Autor oczywiście boleje nad tym, że została ona wycofana, tak jakby to był jakiś dogmat wiary. Skoro przez tyle wieków nie było i co teraz nagle - jak przestaniemy ją odmawiać - to nagle diabeł zwycięży. Ten wątek się przewija w jakiś sposób w tej książce. To jest też taka mentalność niektórych uważających się za tradycjonalistów, że Kościół jest już pokonany. A przecież "bramy piekielne go nie przemogą".

 

To jest dla mnie zadziwiające. W tej książce tego jest mnóstwo: że to, co było wcześniej, było dobre, teraz się zaczęło źle, a to, że pewnych rzeczy, na które on się powołuje, kiedyś w ogóle w Kościele nie było, że wiele pojawiło się bardzo późno (np. dopiero po Trydencie), to tego nie dostrzega. W ogóle nie widzi wielopłaszczyznowości i takiej "nielinearności" rozwoju.

 

Czy właśnie na przykład to, że Anna Katarzyna Emmerich miała taką wizję: "Msza była krótka. Na koniec nie była czytana Ewangelia św. Jana", czyli ostatnia Ewangelia, która była czytana po każdej Mszy, a nadal jest czytana w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.

 

No dobrze, tylko że to jest dodatek późnośredniowieczny, który był związany z Mszami wotywnymi, z tym, że się więcej płaciło, żeby była taka Msza z tą ostatnią Ewangelią. Więc mówienie teraz, że Msza będzie krótsza, bo na koniec nie była czytana Ewangelia św. Jana? I to jest ta istota sprawy, żeby ta Ewangelia była czytana? No nie należy to raczej do istoty sprawy.

 

Ta książka jest długa, ponieważ autor porusza tam sprawy, które jakoś są prawdziwe, ale zupełnie nie mają związku z trybem rozumowania.

 

Poza tym jest to książka wpisująca się w pewne zatroskanie o Kościół. Socci jest zatroskany o Kościół, ale zatroskany w tym sensie, żeby skrytykować. Oczywiście, autor parę razy mówi też o tym, że stara się być życzliwym, że to nie jest tak… Są też na przykład takie kwiatki: "A nasze biedne, grzeszne dusze niech sobie umierają" (s. 269). Więc dusza jest śmiertelna?!

 

No cóż. Tu ręce opadają.

 

Później: "Nowinkarzy interesuje przede wszystkim zmiana doktryny katolickiej". I właśnie pojawia się często słowo "moderniści", "nowinkarze". "Weźmy to wprowadzenie komisarza do franciszkanów Niepokalanej. Ta akcja zaciążyła już na losie wielu wiernych i zakonników". I to się powtarza jak mantra…

 

Z jego "troski" wynika, że komisarze są wprowadzani tylko do tradycjonalistów, do innych nie są wprowadzani. A przecież nawet jezuici mieli komisarza tak naprawdę. Więc tutaj też jest absolutna nieprawda historyczna. Mówi, że innych się nie karze, tylko ich się karze.

 

Ten zatroskany o Kościół Socci mówi: "Łatwo zauważyć, że w tym artykule ze wszystkich sił starałem się bronić papieża Bergoglio" [śmiech]. Ale nie wyszło. No nie wyszło. A w końcówce zrobił z siebie męczennika.

 

Weźmy te jego ostatnie zdania z Posłowia: "Za napisanie powyższych stronic zapłaciłem poświęceniem materialnym i cierpieniem duchowym. Powiedziano mi, że ta książka może się okazać rodzajem zawodowego samobójstwa. Może tak będzie. Oddajemy się w ręce Boga". I kończy oczywiście, że "prawda nas wyzwoli".

 

***

 

Druga część wywiadu już niedługo na DEON.pl.