Taki Kościół po prostu umrze

ks. Przemysław Szewczyk / facebook.com / kw
data15.05.2019 15:00

(fot. youtube.com / SEKIELSKI)

"Pan nie będzie chciał naszych katechez w szkole, oaz, odnów w Duchu Świętym, neokatechumenatów czy czego tam jeszcze" - o lekcji, jak płynie z filmu Tomasza Sekielskiego pisze ks. Przemysław Szewczyk.

 

Publikujemy wpis ks. Szewczyka, który pierwotnie ukazał się na jego profilu na Facebooku:

 

Staram się choć trochę to wszystko jakoś zrozumieć i ogarnąć i myślę tak. W tle jest oczywista kwestia, która ciągnie się od Adama i Ewy i będzie się ciągnęła aż do powtórnego przyjścia Pana: borykamy się z ludzką słabością.

 

To jest jednak sprawa stara jak świat, z którą wszyscy - bez względu na to czy wierzymy, czy nie, czy myślimy tak, czy inaczej - nie mamy większego problemu. Nie dlatego, że problem jest błahy, ale dlatego że jest oczywistością. Wysuwanie jej na pierwszy plan w kontekście szczególnego momentu naszej historii jest intelektualną rejteradą i brzmi jak wzruszenie ramionami wobec tego, co się dzieje, i stwierdzenie: "Wyżej d... nie podskoczysz".


Na tym starym jak świat tle ludzkiej słabości rozgrywa się konkretna akcja, która według mnie przebiega według następującego scenariusza.


Po roku 1989 odpowiedzialnym za Kościół wydało się, że to już koniec zmagań, że nastała złota era pokoju i panowania Chrystusa, z którym zasiądziemy na tronach.

 

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że podobnie było po 313 roku Kościół, gdy chrześcijaństwo wpadło w wielki kryzys IV wieku, ale o tym to kiedyś napiszę więcej w książce.

 

Radość z dobrej zmiany, która przyszła, blask zwycięstwa przyćmił spojrzenie Kościoła w Polsce na otaczający go świat, skutkiem czego zamiast słuchać, co mówi Duch do Kościoła, napełniliśmy uszy i serca słowami wiwatującego nam, wyzwolonego od zła świata.


Za podstawowy błąd mojego Kościoła uważam zaniedbanie koniecznego dla chrześcijaństwa pytania, czego Chrystus chce przez nas dokonać teraz, co w świecie chce zmienić obecnie. Spoczęliśmy na laurach i dopiero teraz uczymy się posługiwać światu, w którym obecnie żyjemy.


Znak, który Pan nam daje przez obecny kryzys, odczytuję jako prostą lekcję: chcę, żebyście walczyli o najbardziej potrzebujących i stawali w obronie pokrzywdzonych. Byliśmy ślepi na wcześniejsze znaki, dlatego Pan stawia przed nami skrzywdzone dziecko, które płacze i cierpi od kilkudziesięciu lat, bezskutecznie domagając się ochrony i sprawiedliwości.

 

Już teraz nie możemy nie usłyszeć Pana mówiącego do nas: "Kto by stał się powodem zgorszenia dla jednego z tych małych, lepiej żeby sobie kamień młyński uwiązał u szyi i się rzucił w morze". Oraz: "Paśliście samych siebie, zranionej owcy nie opatrzyliście, słabej nie umocniliście".


Wierzę, że Kościół w Polsce dzięki temu zrozumie, że chrześcijaństwo nie ma sensu, jeśli nie przynosi błogosławieństwa ubogim, smutnym, płaczącym, cichym, skrzywdzonym.

 

Pan nie będzie chciał naszych lekcji religii w szkole, opinii biskupów na temat stanowionego prawa, państwowych czy parafialnych uroczystości, ślubów kościelnych i majowych pierwszokomunijnych ceremonii... nie będzie chciał ministrantów, oaz, odnów w Duchu Świętym, neokatechumenatów czy czego tam jeszcze, jeśli na widok chrześcijan nie zabiją mocniej serca żebraków, jeśli do drzwi plebani nie będą pukać ludzie skrzywdzeni, jeśli we wspólnotach nie znajdą bezpiecznej przystani wszelkiej maści rozbitkowie nowoczesnego świata.

 

Nasze spory o to, czy Komunię przyjmuje się do ręki czy na klęcząco, walka z gitarami czy łaciną podczas liturgii, spory, która nowenna mocniejsza i który egzorcysta lepiej za rogi łapie demony, przy równoczesnej miałkości naszych rozmów o wyzwaniach współczesnego świata, jest znakiem, że świat mamy w nosie.


A Kościół, który myśli o sobie, po prostu umrze.

 

Obejrzyj wideo z udziałem ks. Przemysława Szewczyka: