To był szalony pomysł, ale Władek odzyskał mowę

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data12.10.2017 09:00

(fot. Archiwum prywatne / Leopold Szatkowski OH)

Kontakt z wolontariuszem potrafi zdziałać cuda. To taki sam środek leczniczy, jak farmaceutyki. Rehabilitacja skruszonego ducha jest najważniejszym zadaniem, z jakim zmaga się ten wyjątkowy personel niemedyczny.  

 

 


Wstajemy z kanapy to nasz projekt, który jest odpowiedzią na wezwanie, jakie papież Franciszek skierował do nas wszystkich w trakcie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Będziemy cyklicznie pokazywać ludzi, miejsca, wspólnoty, fundacje i organizacje charytatywne, które w przeróżny sposób pomagają wykluczonym. Będziemy pisać o przestrzeniach, w których każdy z nas będzie mógł się konkretnie zaangażować w dzieło miłosierdzia.

 


 

Niewielu zostaje

 

Czekam przy jednej z bardziej ruchliwych krakowskich ulic. Mija mnie wiele osób starszych. Po chwili zauważam, że wszystkie zmierzają w tę samą stronę, do Poradni Ziołolecznictwa Bonifratrów. Chwilę ich obserwuję i zastanawiam się nad sensem tych wędrówek. W głowie mam myśl, której raczej się wstydzę, że ludzie starsi robią sztuczne kolejki w poradniach i aptekach, że chodzą tam z przyzwyczajenia. A co ja robiłbym z wolnym czasem na emeryturze? Heroicznie stwierdzam, że na pewno zaangażowałbym się w jakiś wolontariat, "tak bardzo lubię dawać coś innym, czuję się z tym tak świetnie". Rozmowa, którą za chwilę przeprowadzę, uświadomi mi, ile egoizmu było w moim myśleniu. Kilka obrazów zarejestrowanych z perspektywy przystanku tramwajowego nie opisuje prawdy o świecie. To, jak widzę świat, najbardziej mówi o mnie samym.

 

Nieśmiało pukam do klasztornej furty. Schodzi do mnie br. Leopold Szatkowski OH, który jest opiekunem krakowskiego wolontariatu szpitalnego u bonifratrów. Jest bardzo otwarty i skory do opowieści, dlatego naszą rozmowę żywo rozpoczynamy już na klasztornym korytarzu. Jedno z pierwszych zdań wypowiedzianych przez zakonnika cuci mnie dotkliwie: "Z wolontariatem to wcale nie jest taka prosta sprawa, najboleśniej przechodzi się zderzenie z własnymi wyobrażeniami. Niewielu zostaje". Już wiem, że mam do czynienia z człowiekiem, który obiektywnie zna się na rzeczy, ale też wkłada wiele serca w to, co do tej pory było dla mnie tylko happeningiem w stylu: jak zagospodarować sobie czas wolny.

 

Życie zwrócone przed śmiercią

 

Szpitalom i ośrodkom prowadzonym przez bonifratrów towarzyszą zawsze liczne formy wolontariatu. Bracia kładą duży nacisk na niesienie pomocy i przełamywanie barier, tak by nie zamykać chorego w świecie jego choroby. Krakowski Szpital św. Jana Grandego jest najstarszą bonifraterską placówką tego typu. Już od 1609 r. niesie pomoc medyczną. Zawsze znajdowali się chętni, którzy swój wolny czas ofiarowywali chorym. Brat Leopold przybył do Krakowa w 2015 roku, przywożąc ze sobą doświadczenie zdobyte m.in. w Prudniku i we Wrocławiu. Logiczne było dla niego, że chce zaangażować się w prowadzenie wolontariatu. Wolontariat to coś szalenie ważnego w jego życiu zakonnym. Docenia pracę swoich podopiecznych, bo to "znaczący element każdej terapii i dochodzenia do zdrowia", który trudno zastąpić czymkolwiek innym.

 

Władek i Smyk (fot. Archiwum prywatne / Leopold Szatkowski OH)

 

"Obecność wolontariuszy naprawdę sporo wnosi" - mówi mi bonifrater i decyduje się opowiedzieć jedną z bardziej osobistych historii. Wydarzyło się to kilka lat temu, gdy br. Leopold pracował we wrocławskim hospicjum. Do zakonników przywieziono Władka. Tyle wiedziano o tożsamości schorowanego, częściowo sparaliżowanego mężczyzny w średnim wieku. Trafił do hospicjum z rozległymi przerzutami nowotworowymi, które zajęły już prawą półkulę mózgową. Władek był osobą bezdomną. Lata spędzone na ulicy i pogarszający się stan zdrowia doprowadziły do sytuacji, w której nie można było z nim nawiązać żadnego kontaktu, żadnej relacji. Psychologowie orzekli, że ten stan się nie zmieni, i rozkładali ręce. Swoje potrzeby i problemy sygnalizował jedynie prostymi odruchami. Był jak bezbronne dziecko. Nie wszyscy jednak chcieli się pogodzić z takim stanem rzeczy. Nie zgadzali się, by Władek ostatnie miesiące życia spędzał w takim zamknięciu. Zastanawiali się wspólnie nad tym, co jeszcze mogą zrobić, i wtedy komuś przyszedł do głowy szalony pomysł: "a może towarzystwo psa, żeby nie czuł się samotny?". Niewiele ryzykowali.

 

Do hospicjum sprowadzono Smyka, małego sznaucera. Władek uwielbiał spędzać czas w ogrodzie, jednak wyrażał spore niezadowolenie i był niespokojny, gdy ktoś chciał z nim siedzieć. Dlatego nie wiedziano, jak zareaguje na towarzystwo psa. Bracia przywiązali Smyka do wózka i odeszli. Udało się, mężczyzna był spokojny. Z daleka obserwowali jednak ich wzajemne reakcje, dotrzymując towarzystwa innym pacjentom. Po chwili sami nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Władek zaczął rozmawiać z psem. Prowadził z nim dialog jak z człowiekiem. Zadawał pytania i sam na nie odpowiadał. "Jego częściowy paraliż dotykał również twarzy, więc mówił trochę niewyraźnie, pytając co jakiś czas sznaucera, czy rozumie co się do niego mówi" - dodaje br. Leopold. Władek zaczął się coraz bardziej otwierać, na oddziale wreszcie poznano historię jego życia i bezdomności. Z każdym dniem coraz bardziej powracał do społeczeństwa. Gdy zmarł, wyprawiono mu przepiękny pogrzeb. Przyszło wielu ludzi, z którymi zdążył jeszcze zbudować relację. Ten - jak mogłoby się wydawać - szalony pomysł nie tylko przywrócił Władka światu, ale też zwrócił samemu Władkowi życie w tych ostatnich tygodniach. Wolontariusz swoją prostą wiarą i czystą nadzieją potrafi często wskazać drogę specjalistom.

 

Grupy od zadań specjalnych

 

Wolontariat w placówkach leczniczych to nie tylko piękne chwile i spektakularne powroty do zdrowia, ale też trudne sytuacje, kontakt z cierpieniem i samotnością. - Gdy ktoś deklaruje się, by zostać wolontariuszem, od razu trafia ze mną na oddział. Pokazuję mu dyskretnie, jak wygląda ten świat, i daję dwa tygodnie, by zastanowił się, przemyślał tę decyzję. Wielu ostatecznie odmawia - mówi zakonnik. Szpital kojarzy się ze sterylną przestrzenią, pachnącą środkami do dezynfekcji. Trzeba być jednak przygotowanym na wiele. Zdarzają się ropiejące i gnijące rany, są też ludzie starsi i niesamodzielni, którzy wymagają pomocy we wszystkim, przez co mogą wydawać się zaniedbani. Wolontariusze podstawowi nie uczestniczą w procedurach medycznych, ale muszą być przygotowani na różne sytuacje kryzysowe, których mogą być świadkami. Dlatego pierwszym krokiem do wolontariatu jest szkolenie prowadzone przez pracowników szpitala i psychologów. Na nim dowiadują się, jak reagować, na co mogą sobie pozwolić w kontaktach z pacjentem, gdzie są granice i jak radzić sobie ze stresem. Dopiero po przejściu szkolenia otrzymują wewnętrzny "certyfikat" i mogą wdrażać się w czynny wolontariat, początkowo z opiekunami, z czasem jednak stają się coraz bardziej samodzielni.

 

(fot. Archiwum prywatne / Leopold Szatkowski OH)

 

W krakowskim wolontariacie szpitalnym uczestniczą obecnie 92 osoby. Najwięcej osób stanowi tzw. wolontariat towarzyszący. Chodzi o odwiedziny i rozmowy z pacjentami. Czasem trzeba coś podać, przeczytać gazetę czy poprawić poduszkę. Szczególnie starsze osoby doceniają taką formę zwyczajnej obecności. Są niczym dzieci bardzo chłonni relacji. Większość wolontariuszy to ludzie aktywni zawodowo, urzędnicy, nauczyciele, pracownicy naukowi. Są również uczniowie gimnazjów i liceów, którzy odwiedzają chorych wyłącznie w obecności jednego z braci lub koordynatora i za zgodą rodziców.

 

Bywają jednak przeszkody, które uniemożliwiają podjęcie towarzyszenia osobom chorym. Każda kandydatura jest rozpatrywana indywidualnie. Jeśli ktoś jest słabego zdrowia lub wyjątkowo wrażliwy na cierpienie, to niewskazane jest umieszczanie go na stałe pośród pacjentów. Może zaangażować się w wolontariat apteczny, przygotowując opakowania leków do bonifraterskiej apteki. Ta forma jest szczególnie popularna wśród młodzieży gimnazjalnej i całych rodzin. Robią to na miejscu u bonifratrów, w szkołach albo w domach. Poza pomocą w bonifraterskiej aptece angażują się również w imprezy okolicznościowe. Organizują szpitalne mikołajki, kolędowanie, jasełka oraz obchody Światowego Dnia Chorego. Można ich spotkać na stoiskach podczas Dni Samarytańskich i innych festiwali dobroczynności. Na stałe z wolontariatem bonifratrów w Krakowie współpracują dwie lokalne szkoły: Gimnazjum nr 72 Sióstr Augustianek oraz Katolicka Szkoła Podstawowa Montessori. Brat Leopold odwiedza również liczne szkoły, prezentując wolontariat i organizując dyskusje. Rozmowa z młodzieżą jest bardzo potrzebnym elementem wychowania. Ważne, żeby nie kojarzyli cierpienia z przemocą, którą widzą w mediach, ale odnaleźli też jej inny szlachetny wymiar, choć po ludzku to trudna lekcja.

 

Istnieje też grupa do zadań specjalnych, którą brat nazywa "50+1". To osoby starsze, które pojawiają się każdej niedzieli, by zaprowadzić chorych do szpitalnej kaplicy i uczestniczyć z nimi we Mszy Świętej. Raz w miesiącu, w pierwszy czwartek, organizują także z innymi wolontariuszami adorację i wspólną modlitwę. Dbają oni, by do kapelana doszła informacja, czy ktoś potrzebuje skorzystać z sakramentów przy łóżku. To jedna z niewielu ekip, która pojawia się w szpitalu tak licznie. Braciom zależy, żeby wolontariusze przychodzili raczej indywidualnie. Szpital to też przestrzeń, która wymaga uszanowania spokoju pacjentów i ich odpoczynku.

 

(fot. Archiwum prywatne / Leopold Szatkowski OH)

 

Wśród pacjentów często można spotkać również osoby z ubogich rodzin. Niektórzy po doświadczeniu bonifraterskiej życzliwości powracają na klasztorną furtę, prosząc o wsparcie. Każdego roku bonifraterski wolontariat przygotowuje świąteczne paczki dla ubogich rodzin na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Wszystkim zależy, żeby ta pomoc była bardzo konkretna, składająca się z produktów pierwszej potrzeby, żeby były one też dobrej jakości. Brat podkreśla, że szczególnie ważne jest dla niego wsparcie tych najmniejszych przedsiębiorców i osób prywatnych. - Wiem, że np. taki sklepikarz jest obciążony podatkami, rachunkami, wypłatami dla pracowników. Ale jeśli w tym wszystkim znajdzie jeszcze miejsce i ofiaruje nam kilka kilogramów cukru, dobre konserwy lub słodycze dla dzieciaków, to podwójnie ważny gest. Cokolwiek by nam dał - mówi zakonnik. - Wdowi grosz to podstawa wolontariatu. Żeby nie dawać bezrefleksyjnie z tego, co nam zbywa, ale z tego, co ważne. Wtedy on ma szczególny sens, bo to ze względu na drugiego człowieka - dodaje.

 

Współpraca godna podziwu

 

Szpital bonifratrów stawia też na profesjonalistów. W wolontariat medyczny angażują się tutaj również studenci medycyny, młodzi lekarze i personel medyczny. Umożliwia się im nie tylko odbycie praktyk, w tym również międzynarodowych, ale także zdobycie doświadczenia specjalistycznego.

 

Jednym z większych projektów, w jakie zaangażowany był szpital i wolontariat, to współpraca z Fundacją Jaśka Meli "Poza Horyzonty". W ramach grantu współfinansowanego przez Unię Europejską przeprowadzono profesjonalne szkolenie na Asystenta Osoby po Amputacji. To bardzo potrzebny dzisiaj zawód z pogranicza nauk medycznych, psychologii, socjologii i zarządzania. Taka osoba pomaga później choremu po amputacji odnaleźć się w świecie, zbadać ograniczenia w jego środowisku, zdobyć środki finansowe z programów na zakup protez i przystosowanie mieszkania. Jest też ambasadorem takich osób w społeczeństwie, dysponuje wiedzą, którą może się dzielić przy formułowaniu nowych założeń w prawie czy gospodarowaniu przestrzenią publiczną, aby była bardziej przyjazna osobom z niepełnosprawnością.

 

(fot. Archiwum prywatne / Leopold Szatkowski OH)

 

Dajemy najcenniejsze

 

Miałem mylne wrażenie o wolontariacie. Był on dla mnie głównie formą spędzenia wolnego czasu, ale ze względu na mnie samego. Prawdą jest, że wiele możesz otrzymać i nauczyć się od ludzi, którym oddajesz swój czas. Ale wolontariat przede wszystkim powinno się podejmować ze względu innych, którzy tej pomocy potrzebują. Ludzie, których spotkałem, pokazali mi, że nie ofiarowują czasu, którego mają w nadmiarze, ale właśnie te cenne godziny, których każdego dnia im brakuje. To byli uczniowie, ludzie sukcesu aktywni i spełnieni zawodowo. Te kilka godzin w miesiącu mogliby poświęcić na dokształcanie, hobby i odpoczynek. Ale wybrali wolontariat.

 

Brat Leopold powiedział do mnie słowa, które wydały mi się banalne. Tyle razy słyszałem przecież, że "dane dobro zawsze powraca". Po naszej rozmowie poprosiłem, by wskazał mi drogę do apteki, bo chętnie zakupię jakieś zioła uodparniające na krakowskie powietrze, miewam z nim cięższe chwile. Kilka minut później byłem już w poradni ziołolecznictwa, spotykając starszych ludzi, których wcześniej tak jednoznacznie oceniłem. Wyszedłem z pakietem bonifraterskich ziół otrzymanych w geście wdzięczności za rozmowę, w której byłem właściwie głównie słuchaczem. W ciągu kilku godzin miałem okazję odmienić swoje myślenie i doświadczyć bezinteresowności. Zrozumiałem, że ludzie czekający w kolejkach do lekarzy, szukają też w chorobie zwykłej obecności i relacji. Potrzebują towarzyszenia, którego tak często brakuje w naszym codziennym życiu.

 

(fot. Archiwum prywatne / Leopold Szatkowski OH)

 

Specyfika wolontariatu szpitalnego polega też na tym, że pacjenci bardzo często się zmieniają, hospitalizacja trwa zazwyczaj tylko kilka dni. W tym czasie kontakt z wolontariuszem potrafi zdziałać cuda. To taki sami środek lecznicy jak farmaceutyki. Rehabilitacja skruszonego ducha jest najważniejszym zadaniem, z jakim zmaga się ten wyjątkowy personel niemedyczny.

 

A co brat Leopold przykładowo robi w wolnych chwilach? "Tu, w Krakowie, nie mamy niestety hospicjum i brakuje mi tego, więc bywam zwyczajnym wolontariuszem w innych placówkach". - Wolne chwile - pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie.

 

Jak można pomóc?

 

Najprościej zgłosić się do wolontariatu i za radą koordynatorów wybrać jego odpowiednią formę. Zbliżają się kolejne święta. Tutaj każda pomoc materialna będzie na miarę złota. Sponsorem można zostać już od jednej pomarańczy czy kilograma cukru. Szpital wciąż się rozwija i potrzebuje również specjalistycznego sprzętu, aby wyposażyć OIOM. To już poważniejsze zadanie, ale wszystko jest w zasięgu ręki mając wspaniałych wolontariuszy i darczyńców.

 

 

W sprawie wolontariatu oraz wsparcia ubogich rodzin proszę kontaktować się bezpośrednio z br. Leopoldem Szatkowskim OH:

e-mail: [email protected]

tel. 12 37 97 159,  kom. 794 532 557

Stowarzyszenie Przyjaciół Szpitala Bonifratrów

im. Św. Jana Grandego w Krakowie:

58 1240 4650 1111 0010 6208 6362 (Bank Pekao S.A.)

 

***

 

Szymon Żyśko - redaktor DEON.pl, grafik, prowadzi autorskiego bloga "Pudełko NIC"