Czy to jest prawdziwa miłość?

Anna Kaik
data06.04.2016 10:05

(fot. shutterstock.com)

Chyba wszyscy będący z kimś w relacji uczuciowej, a zwłaszcza rozważający ślub, zadają sobie pytanie: czy to na pewno jest miłość? O ile zakochani, bez namysłu jesteśmy w stanie odpowiedzieć: tak!, o tyle, gdy pierwsza fala uczuć opadnie, zawsze pojawiają się wątpliwości.

 

Wątpliwości te karmią się wieloma mitami na temat miłości, wśród których prym wiedzie przekonanie, że miłość = przyjemność. Nie ma chyba większego kłamstwa na temat miłości.


Wystarczy spojrzeć na Osobę Jezusa, w którym pełnia miłości objawiła się na krzyżu. Tymczasem my pragniemy prawdziwej miłości bez krzyża. A coś takiego nie istnieje. Zachodzi wręcz odwrotna relacja: im bardziej potrafimy zrezygnować z siebie, na rzecz drugiej osoby, tym miłość jest czystsza, piękniejsza, prawdziwsza. Nie bardzo nam się to jednak podoba, bo rezygnacja z siebie właśnie nie jest przyjemna. Owszem, podoba nam się wizja miłości, w której ktoś umiera dla nas, natomiast odwrotnie - już niekoniecznie. I w chwili gdy w związku miejsce lukrowanej autoprezentacji zastępuje prawda o nas (zarówno ta piękna, ale i ta często bardzo trudna) pojawia się zniechęcenie i poczucie, że coś wygasło. Wygasła miłość? Nie, wygasła fikcja.

Cierpliwie umierać

Znów przywołam Jezusa w Jego słowach: "Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J 15,13). Czy mąż nie oddaje swojego życia, gdy mimo zmęczenia, jedzie nocą 120 km, żeby wygodnie i bezpiecznie przywieźć żonę z lotniska? Czy żona nie oddaje swojego życia, gdy wstaje rano godzinę wcześniej, żeby przed pracą naszykować obiad?


Czy to jest przyjemne? Nie, zupełnie nie. Czy jest przyjemne czuwać godzinami w szpitalu przy łóżku teściowej (osoby, z którą rzadko wiążą nas uczucia), żeby, gdy będzie potrzebowała, podać jej szklankę wody lub jedzenie? Nie, nie jest. Czy jest przyjemne znosić przykre uwagi szefa w poczuciu odpowiedzialności za utrzymanie rodziny? Nie jest.


Szukamy miłości, bo przeczuwamy, że jest największym dobrem, które może nas spotkać i w którym możemy uczestniczyć, ale nie potrafimy rozstać się z jej dziecięcą wizją, w której z miłości wynikają same gratyfikacje. Tymczasem, jak mówi św. Paweł, w miłości najważniejsza jest cierpliwość. Już to stwierdzenie pokazuje trudną dla człowieka prawdziwą naturę miłości. Bo cierpliwość to cnota niezbędna nie do korzystania z przyjemności - wtedy przecież żadna cierpliwość nie jest nam potrzebna - ale właśnie do znoszenia trudów.

Inna twarz śmierci

Jaka więc jest ta prawdziwa miłość? To chyba jedno z najtrudniejszych pytań, jakie kiedykolwiek postawiono. Sam św. Paweł opisując miłość używa głównie negacji: mówi co nie jest miłością, co pokazuje trud adekwatnego ujęcia jej istoty. Na pomoc próbuje przyjść również psychologia i filozofia. Bazując na wielu teoriach i wiedzy praktycznej, tych którzy je wymyślili, można zauważyć że podstawowym pytaniem, gdy szukamy odpowiedzi, czy to, co łączy mnie i partnera jest miłością, czy jej smutną karykaturą, jest: jak dobrze znasz swojego partnera/partnerkę?


Nie chodzi tu oczywiście o powierzchowną wiedzę o jej/jego upodobaniach, a nawet problemach.


To jest głównie pytanie o to, czy znasz jej/jego słabe strony, które - to jest najważniejsze - są trudne dla ciebie. Kobieta może uważać, że jej największą słabością jest bojaźliwość. Tymczasem dla mężczyzny może to być nawet afrodyzjak. Mężczyzna może uważać, że jego największą wadą jest bardzo niski wzrost, co dla partnerki może być zupełnie bez znaczenia. O. Adam Szustak w głoszonych przez siebie rekolekcjach nazwał te cechy, które trzeba odkryć u drugiej osoby, jej "obszarami śmierci" - te słabości bowiem codziennie będą cię "zabijały". Dlatego musisz mieć ocenić, czy jesteś w stanie z nimi żyć. Nie oszukujmy się: każdy ma w sobie "obszary śmierci", także twoja najpiękniejsza narzeczona i najsilniejszy wybranek. Ale, czy mimo tego, że ona będzie notorycznie domagała się coraz więcej pieniędzy (bo jest rozrzutna), że będzie cię często krytykowała, a on przez swoją wybuchowość będzie w stanie zrobić ci awanturę na środku ulicy albo przez korzystanie z  pornografii będzie miał wypaczone pojęcie o bliskości seksualnej - czy będziesz z nim/nią umiał żyć? Do końca?

 

Jakże realnego wymiaru nabiera w tym świetle przysięga małżeńska: "nie opuszczę cię aż do śmierci". Trzeba jeszcze pójść krok dalej: czy ty w tym obszarze jesteś na tyle mocny, żeby drugą stronę z tego jej prywatnego piekła wyciągać? Tylko wtedy związek będzie miał szansę być obszarem wzrostu, umocnienia, siły i... szczęścia. To jest bowiem największy paradoks miłości: "umieranie" w niej nie daje bezpośredniej przyjemności - to prawda, ale daje głębokie poczucie sensu i szczęścia - coś o całe niebo wyżej.