Być razem i pozostać sobą

Sylvia Schneider / slo
data15.07.2014 09:28

(fot. Leo Grübler / flickr.com)

"Życie pokazuje zakochanym, że tęsknota za miłością absolutną nie jest możliwa do spełnienia!" - pisze szwajcarski psychiatra, profesor Juerg Willi. Dwoje ludzi pozostaje dla siebie ostatecznie zawsze w jakimś sensie nieosiągalnymi.

 

Willi wymienia trzy powody takiego stanu rzeczy:

Każdy człowiek jest istotą indywidualną, którą inna osoba może zrozumieć i doświadczyć tylko częściowo. Najbardziej nawet poważne usiłowania i poświęcenie, by zrozumieć drugiego, rozbija się o różnice w sposobie widzenia świata dwojga ludzi.

Każdy musi się uporać ze sprzecznościami, wynikającymi najczęściej z lęku, które składają się na jego zdolność kochania. Obok pragnienia, żeby stopić się w jedno z obiektem swej miłości, człowiek wnosi też we własny związek dążenie do wolności i niezależności oraz lęk przed zależnością i zatraceniem swojej osobowości w drugiej osobie. "Z powodu tej ambiwalencji pragnień w miłości można przeżywać wahania pomiędzy potrzebą bliskości i dystansu, uciekać od wszelkich zobowiązań, a przez to głęboko ranić drugą osobę. Miłość może stać się nieprzewidywalna; w uczucia wkradnie się chaos - mieszanina tęsknoty za miłością, frustracji, wściekłości na partnera i siebie samego, wstydu i poczucia winy z powodu braków odkrytych w sobie" - diagnozuje Willi.

Trzecim powodem uniemożliwiającym osiągnięcie jedności jest niewierność. Niewierność trafia osobę zdradzoną w najczulszy punkt, raniąc ją głęboko i przynosząc poczucie odrzucenia i samotności.

A ponieważ miłość jest dla nas niezwykle ważna, chcemy by wszystko toczyło się absolutnie przepisowo. Gubimy się jednak we własnych sprzecznych pragnieniach, pomiędzy chęcią bliskości i potrzebą dystansu. Mamy nadzieję, że uda nam się zachować wolność, a zarazem się poświęcać i sądzimy, że partner to już jakoś wyważy. Nie bierzemy pod uwagę, że druga strona przeżywa takie samo rozdarcie. Często oczekujemy od innych tego, do czego sami nie jesteśmy zdolni.

 

Dlatego z czasem we wzajemne relacje zaczynają wkradać się kłótnie i walka o władzę, o co na początku wcale byśmy się nie podejrzewali. Atmosfera staje się sztywna i mało spontaniczna, sztuczna i ciężka jak powietrze przed burzą. Opadają nas wątpliwości i poczucie bezradności, lęk przed rozpadnięciem się związku i powrotem w samotność, a jednocześnie obawa, że chcąc utrzymać ten związek, trzeba za bardzo się poświęcić, zgodzić się na własną bezbronność.

To, że pragnienia i rzeczywistość stoją w życiu w rażącej sprzeczności, jest dość oczywiste. Jednak wiele par, a zwłaszcza kobiety, tracą wiele czasu na to, żeby dopasować związek, w którym żyją, do własnych marzeń, zamiast zaakceptować go z jego wszystkimi, właściwymi mu cechami. Tracą więc siły i energię, chcąc np. z partnera uczynić mężczyznę swych marzeń, a więź z nim wzorową. Relacja między dwojgiem ludzi nie przypomina jednak wcale japońskiego drzewka, które dowolnie można formować, przystrzygając je to z tej, to z owej strony. Nie musi ona w pełni zadowalać, żeby zostać zaakceptowana. Nie musi być od razu perfekcyjna. I nie musi być uznana za kompletnie nic nie wartą, tylko dlatego, że kuleje pod jakimś względem.

 

W epoce szybkich związków i coraz liczniejszych "byłych związków" wielu z nas zdaje się traktować zmianę partnera jak zmianę starej sukienki na nową. Wiele par się rozstaje, nie dawszy sobie naprawdę nigdy szansy na stworzenie dobrego związku; oczekiwania, jakie wzajemnie zgłaszali, były zbyt wysokie. Ludzie spodziewają się, tak jakby to było najoczywistsze w świecie, stuprocentowego spełnienia własnych wyobrażeń. To, co nie pasuje, zostaje dopasowane albo wyrzucone.

 

Te wielkie wyobrażenia na miarę raju pochodzą z naszych dziecięcych tęsknot za nieskażonym światem. Dziecięca strona naszej duszy pragnie poczucia bezpieczeństwa, bliskości i wyłączności w związku, chociaż od dawna jesteśmy już dorośli. I to powinien, jak uważa wiele osób, możliwie bez rozczarowań, zagwarantować partner. Dojrzałe życie polega też jednak na umiejętności przeżywania smutku, rozczarowań i niepowodzeń. Kiedy zostaniemy opuszczeni albo sami odejdziemy, ponieważ związek był bez perspektyw, czy kiedy śmierć zabiera nam najbliższych, przechodzimy głęboką dolinę smutku. Przekonujemy się wtedy, że "czynić wszystko, co się chce i wszystko porzucać, jeśli się chce" nie jest wartością w sobie.

 

Smak samotności okazuje się bardzo mdły, zwłaszcza gdy nie jesteśmy już młodzi.

Więcej w książce: Kochać szczęśliwie - Sylvia Schneider