"Maryja też walczyła o swoje dziecko, ją poproś o modlitwę"

Blogi Magdalena Urbańska
data24.05.2018 07:00

(fot. shutterstock.com)

Godz. 5.30 rano. Mój dwuletni synek wstał i przyszedł po butelkę mleka. Byłam wtedy w 36 tygodniu ciąży. Gdy podniosłam się z łóżka, poczułam, że po nogach coś mi leci… To była krew. Masa krwi.

 

Kto był chodź raz na Kaszubach, ten pewnie spotkał Matkę Bożą ogrodową. Kim ona jest? To figurka stojąca przed domem, za domem, przy płocie, na dachu, przy drodze, na drodze (?!) - możesz spotkać ją wszędzie.

 

Kiedyś te niezliczone ilości prywatnie stojących figurek mnie zdumiewały, teraz już do nich przywykłam. Choć gdy je widzę, mam ochotę zapytać gospodarza miejsca: "po co ci ta figurka, jakie ona ma dla ciebie znaczenie?". Kilka razy zapytałam i… już nie chcę słyszeć odpowiedzi. Niestety najczęściej słyszałam, że "na szczęście". Wszak figurka wystarczy, modlić się już nie trzeba. Ona da nam wszystko - zdrowie, szczęście, dobre relacje z mężem/żoną. Totemizm pełną gębą.

 

Gdy urodziłam pierwszego syna poznałam też inny rodzaj działania obrazów Maryi. Widziałeś kiedyś czerwoną wstążeczkę przy wózku dziecka? Oj, ja nader często! A co do niej jest doczepione? Tak! Oblicze Maryi! Ma magiczną moc (ale tylko z czerwoną wstążeczką!), ochroni przed zauroczeniem i da zdrowie Twojemu dziecku. Już możesz spać spokojnie.

 

Wkurzyłam cię już? Nie? To zapraszam dalej!

 

Od zawsze chodziłam na tzw. majowe. Modliłam się przy figurce razem z innymi dziećmi wyśpiewując litanię. Tak, miałam taką potrzebę. Czy wierzyłam w jakąkolwiek skuteczność tej modlitwy? Nie. Miałam w sercu pustkę, ale nie potrafiłam jej niczym zapełnić. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego mówi się o Matce Jezusa, że jest orędowniczką łask. Na studiach modliłam się często z protestantami i moich wątpliwości narobiło się jeszcze więcej… Aż do pewnego momentu.

 

Usłyszałam kiedyś piosenkę Mocnych w Duchu "Matko życia". Rozwaliła mnie i to dosłownie. Dotykała, przytulała, pokazywała. Zobaczyłam Maryję jako kogoś kto mnie prowadzi… Kogoś, kogo mogę traktować jak przyjaciółkę. Podczas ślubu śpiewaliśmy tę piosenkę na wyjście - ze szczególnym naciskiem na słowa:

 

weź moje życie w swe dłonie i proszę,
powiedz Ojcu Niebieskiemu,
że jeszcze jedno małe serce,
pragnie żyć, jak Jego Syn.

 

Tak, wtedy modliłam się świadomie. Wtedy też zaczęła się wędrówka, która poprowadziła mnie w rejony, których się nie spodziewałam.

 

Godz. 5.30 rano. Mój dwuletni synek wstał i przyszedł po butelkę mleka. Byłam wtedy w 36 tygodniu ciąży. Gdy podniosłam się z łóżka, poczułam, że po nogach coś mi leci… To była krew. Masa krwi.

 

Zadzwoniłam po męża, który chwilę wcześniej wyszedł do pracy. Z góry zbiegła sąsiadka, która została z Jasiem i pognaliśmy do szpitala. Tam szybkie badanie i oddział patologii ciąży. Dookoła mnie biegała masa personelu, żeby sprawdzić czy nadal krwawię i czy moje dziecko oddycha. Bałam się.

 

Gdy leżałam pod niezliczoną liczbą przyrządów i kabelków, przyszedł kapelan z pytaniem czy chciałabym przyjąć Komunię Świętą. Pamiętam jak bardzo się wtedy ucieszyłam! Podszedł do mnie, dał Jezusa i zapytał, co jeszcze może zrobić? "Pomódl się proszę, by moje dziecko było zdrowe" - tyle byłam w stanie mu powiedzieć.

 

Nie położył na mnie rąk, nie dotknął mojego gołego brzucha, nie powiedział nic, co dałoby mi złudną i chwilową nadzieję. Powiedział tylko: "Maryja też walczyła o swoje dziecko, ją poproś o modlitwę".

 

Gdy przychodziły trudniejsze momenty - tak właśnie robiłam. I czułam wtedy, że jestem w dobrych rękach. Dziś mój synek ma dwa lata. Jest największym łobuziakiem, jakiego znam. Potrafi rozłożyć każdą zabawkę na milion małych kawałków i potem uśmiechnąć się do mnie, bo wie, że tak roztapia moje serce. Jest kimś, kto pokazał mi drogę.

 

Nie jestem zwolenniczką wszelkiego rodzaju litanii, nie chodzę już od lat na nabożeństwa majowe. Nie twierdzę, że są złe - mnie jednak służy dziś coś innego.

 

Lubię modlić się piosenką Mocnych w Duchu. Lubię mówić do Maryi jak do kogoś, kogo znam. Jak matka Matce, opowiadam jej często o tym, że mam dość. Mówię jej, że mi źle i ciężko. Mówię jej też, że mam radość. Nie rozmawiam z Nią codziennie. Nie czuję jeszcze do Matki Jezusa tego, co czuję do Niego. Nie wiem czy kiedyś się to zmieni. Wiem jednak, że Ona jest prawdziwą orędowniczką łask. I choć wiele osób może mnie za to potępiać - nie czuję by Ona była na równi z Bogiem. Nie modlę się do Niej, ale o jej wstawiennictwo. Proszę "szepnij słowo", a nie "daj mi proszę". I może w swoim myśleniu się mylę - jeśli tak, mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczy. Wszak matka wybaczanie ma wrośnięte w swoją tożsamość.