Mity rodzinne, które nie pomagają w budowaniu

Blogi Natalia Świderska
data29.05.2018 07:00

(fot. Photo Brooke Cagle / Unsplash)

W sobotę byliśmy z rodziną na ślubie. Podczas mszy świętej na zakończenie kazania ksiądz życzył pannie młodej spełnienia w małżeństwie i w macierzyństwie. "Bo jaka może być lepsza kariera dla kobiety niż rola żony i matki" -powiedział kończąc kazanie. Niby prawda, ale jednak bardzo mnie to zirytowało.

 

Po roku od urodzeniu pierwszego dziecka wróciłam do pracy. Pewnego dnia, gdy szłam rano do biura natknęłam się na księdza, który znał mnie ze wspólnoty. "Co tutaj robisz?" - zagadnął. "Idę do pracy" - odpowiedziałam. "Dlaczego?" -  zapytał. Zaczęłam się tłumaczyć… a teraz sobie myślę czy kobieta - matka musi się usprawiedliwiać z tego że idzie do pracy? Czy jej nie wypada? Mam wrażenie, że w artykule "Maska z tlenem" poruszyłam tematu tabu. Napomknęłam o tym, że bycie w domu z dziećmi może być frustrujące.

 

Według wspomnianej wcześniej opinii bycie żoną, rodzenie i wychowanie dzieci to szczyt kobiecych aspiracji. Przy takim założeniu mówienie o związanych z tym trudnościach, kryzysach wydaje się być nie na miejscu. Uważam, że dzieci są największym skarbem świata i jestem fanką małżeństwa. Przy czym z moich obserwacji wnioskuję, że stereotypy, mity związane z rolą żony, męża, macierzyństwa, ojcostwa są bardzo szkodliwe i mogą destrukcyjnie wpływać na relacje między ludźmi. Profilaktyką tej niszczącej siły, jest otwarta rozmowa o problemach.

 

Na tropie mitu

 

Parafrazując socjologiczną definicję autorstwa Émile’a Durkheim’a mit jest wyobrażeniem, esencją opinii danej społeczności na temat rzeczywistości. Utrwalonym przez społeczność osądem, przekonaniem. Zawęża obraz rzeczywistości i przez to go wykrzywia.

 

Przeglądając Internet trafiłam na artykuł ks. Prof. Dr hab. Andrzeja Zwolińskiego dotyczący kryzysu ojcostwa. Pisze on: "przesyt nadopiekuńczości matek, zbytnia kontrola dziecka przez nie, ograniczenie wolności, nacisk emocjonalny, często też obarczanie dzieci swymi osobistymi problemami, w istotnym stopniu deformuje dążenie dzieci do dojrzałości. Dzieci wybaczają jednak matkom te matczyne słabości, pamiętając o ich ofiarności i poświęceniu".

 

Trafiłam na trop mitu! Dlaczego jest on szkodliwy? Już wyjaśniam. Według księdza Andrzeja, "ofiara i poświęcenie"  usprawiedliwiają stosowanie przez matki manipulacji emocjonalnej, presji psychicznej itp. Zdecydowanie się  z tym nie zgadzam! Moim zdaniem taka relacja jest niezdrowa, toksyczna. Dzieci nie mogą ponosić odpowiedzialności za frustracje swojej rodzicielki, czy jej osobiste problemy. To ona jest odpowiedzialna za to by zrobić ze sobą "porządek", szukać sposobów by sobie pomóc. Poza tym, czy taka postawa nie psuje relacji między małżonkami, między ojcem a dziećmi? Wspomniany artykuł dotyczy kryzysu ojcostwa, jako jego przyczyny autor wskazuje między innymi męską słabość i niedojrzałość.

 

Moim zdaniem duży wpływ na powstawanie tego kryzysu mogą mieć także matki. Jeśli nie dają mężczyźnie przestrzeni by mógł relację z dziećmi rozwinąć. Gdy nie wspierają, nie motywują, nie pozwalają na to by jego relacja z podopiecznymi stała się budująca i ważna, mężczyzna może się zniechęcić i wycofać. Niedawno podobny temat pojawił się na portalu Deon.pl w artykule pod tytułem: "Zostawiłaś je SAME?!" - zapytała, kiedy dzieci zostały w domu z tatą". Polecam Wam jego lekturę. Kiedy mąż nie realizuje się jako ojciec i cały ciężar wychowania spada na matkę istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że atmosfera w rodzinie będzie napięta. Wspomniany Ksiądz Andrzej Zwoliński  sugeruje, że tego typu relacje są normą. Jeśli to prawda, przyznam, że jest to bardzo niepokojące.

 

Halo tu mama!

 

Do dorosłego, pracującego mężczyzny przynajmniej raz dziennie dzwoni mama. Prosi o zdanie relacji z minionego dnia. Zleca wykonanie jakiejś przysługi. Gdy syn nie chce spełnić którejś z próśb, słyszy, że jest niewdzięcznikiem, że mu już w ogóle na niej nie zależy, że zawiodła się na nim. Kierowany poczuciem winy w końcu spełnia prośbę. Ten człowiek ma żonę i kilkuletnie dziecko. Żona chciałaby czuć, że wraz z ich pociechą są najważniejszymi osobami w jego życiu, jednak on zdezorientowany, nie wie jak się zachować, zazwyczaj wybiera mamę. Z tego powodu między małżonkami często dochodzi do awantur. Sytuacja jest na tyle napięta, że myśleli o rozwodzie. Postanowili dać małżeństwu ostatnią szansę i poszli na terapię. Co tydzień mają spotkania z psychologiem. Gdy zaczyna się między nimi układać wystarczy jedna wizyta mamy, by z powrotem wywołać napięcia i spory. Nie jest to niestety fikcja literacka, ale życie.

 

Miłość za którą nieustannie trzeba płacić rachunek

 

To może niszczyć relacje wielu osób w tym przypadku jest źródłem cierpienia dla syna jego żony i ich kilkuletniego dziecka.


Takich historii jest niestety wiele. Żyjemy w czasach gdy liczba rozwodów to 44 % małżeństw (w miastach, na wsi ten współczynnik wynosi 22,7%)5. Dziś odwiedziła mnie koleżanka. Powiedziała - Słuchaj! Byłam w zeszłym tygodniu na komunii mojego chrześniaka. 90% dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej wraz z nim, była z rozbitych małżeństw! Przeraziłyśmy się skalą tego zjawiska. Do rozpadu więzi między małżonkami niejednokrotnie przyczyniają się toksyczni rodzice i teściowie. W tej kwestii także szkodliwy może być wpływ mitu "ofiarnej matki Polki", która musi poświęcić się i tym poświęceniem się uświęcić. Papież Franciszek w Adhortacj "Gaudete et Exsultate" pisze, że możemy uświęcać się w naszej codzienności: "Jesteś żonaty albo jesteś mężatką? Bądź świętym, kochając i troszcząc się o męża lub żonę, jak Chrystus o Kościół."6 Nas małżonków uświęca wzajemna troska i miłość. Wątpliwe jest dla mnie czy Papież ma na myśli przejęcie całej odpowiedzialności za wychowanie dzieci przez matkę i zepchnięcie ojca na margines życia rodzinnego? Czy to przynosi dobre owoce? Z tego co widzę i słyszę w takich rodzinach raczej piętrzą się między ludźmi napięcia, problemy emocjonalne, które często przenoszone są na kolejne pokolenia.

 

Być "darem"

 

Z moich obserwacji, doświadczeń i zasłyszanych historii ukułam takie dwa określenia na relacje rodzinne: "rodzicielstwo - dar"  i "rodzicielstwo - ofiara i poświęcenie". Pierwszy typ relacji ma miejsce wtedy, gdy wychodzimy z założenia, że dzieci są dobre i ich dążenie do samodzielności też jest dobre. Uważamy, że dzieci są nam równe. To znaczy w takim samym stopniu jak my zasługują na szacunek i na to by ich wysłuchać. Mają te same prawa. Wkład w ich rozwój, opieka nad nimi jest im ofiarowywana bezinteresownie. Czujemy się odpowiedzialni za to co mówimy i jak się wobec nich zachowujemy. Gdy zdarza się, że ogrom obowiązków i wyzwań staje się frustrujący staramy się szukać rozwiązań by sobie pomóc.

 

"Rodzicielstwo - ofiara i poświęcenie" to przeżywanie relacji w sposób roszczeniowy: dajemy więc należy nam się coś w zamian. Oczekujemy wdzięczności, zaspokojenia własnych ambicji, możliwości sterowania życiem dziecka, czy kontrolowania go. Przyznajemy sobie prawo do odreagowywania na naszych podopiecznych swoich frustracji. Uważamy siebie za wszystkowiedzącą wyrocznię, która nie może  "zniżać się" do poziomu dziecka i wchodzić z nim w dialog. Poświęcenie sprawia, że dzieci stają się naszymi wieczystymi dłużnikami. Nie ufamy im, w końcu to my "wiemy lepiej". Nie wierzymy, że bez naszej kontroli są w stanie przetrwać w świecie. Chęć usamodzielnienia się potomka traktujemy jako zdradę, niewdzięczność. Taka relacja w moim odczuciu hamuje rozwój dziecka i jest niszcząca.

 

Co za tym stoi?

 

Myślę że jedną z przyczyn niszczących relacji jest brak uporządkowanej miłości samego siebie. Jeśli nie potrafię, przyjąć, polubić tego kim jestem, źle się ze sobą czuję - nie potrafię poczuć się dobrze z innymi. Mam wrażenie, że czasem zapominamy o drugim członie przykazania miłości bliźniego, które brzmi: "kochaj bliźniego swego jak siebie samego". Niejednokrotnie właśnie praca zawodowa czy realizowanie swoich talentów, pasji jest dla kobiety sposobem dbania o siebie. Brak zadowolenia z tego kim się jest, co się robi, brak satysfakcji z życia odbija się negatywnie na naszych potomkach. Tak jak we wspomnianym przykładzie gdzie matka rywalizuje o uwagę syna z synową i wnuczkiem.

 

Dziękuję Ci mamo i tato!

 

Moja mama i tata wychowywali nas w trudnych warunkach. Zmagali się z wieloma przeciwnościami, mimo to, nigdy nie usłyszałam od nich słów: "tyle dla ciebie poświęciliśmy". Dali mi to wszystko "za darmo" i to jest w tym co przeszli najpiękniejsze. I za ten dar bardzo im dziękuję!

 

Za darmo

 

Gdy zauważam, że moje macierzyństwo zaczyna dryfować w kierunku "poświęcania się" i na usta ciśnie się patetyczny ton: "ja dla was tyle zrobiłam, a wy co?", rozpoznaję, że już pora na chwilę oddechu. Zdrowa miłość to obdarowywanie sobą. Dawanie w taki sposób by nie wystawiać drugiej osobie "rachunku". By jej nie traktować jak dłużnika. Jeśli rodzina kojarzy się tylko z "krzyżem pańskim" i "skaraniem boskim", jeśli rodzice uważają, że mają prawo sterować swoim dorosłym dzieckiem, albo czują, że ich "ofiara i poświęcenie" usprawiedliwia odreagowywanie na nim własnych frustracji, to znak, że trzeba nad sobą popracować. Wziąć za siebie odpowiedzialność. Trzeba nauczyć się kochać siebie, bo wtedy jesteśmy zdolni kochać innych. "Radosnego dawcę miłuje Bóg"  - myślę ze człowiek też miłuje radosnego dawce, bo taki dar, taka miłość daje wolność. Darmo dostaliśmy, darmo dawajmy! To ma sens!

 

 

Tekst pochodzi z bloga almadecasa.blog.deon.pl