Letni sezon transferowy w diecezjach ruszył. Jak przeżyć odejście ulubionego księdza z parafii?

Blogi Magdalena Urbańska
data24.06.2018 07:00

(fot. PIGAMAIMAGE / Shutterstock.com)

Cała parafia żyła nadzieją, że nasz wikary zastąpi wiekowego proboszcza i osiądzie w tym miejscu na stałe. Pamiętam ten bunt, złość, rozgoryczenie, gdy został proboszczem hen daleko od nas. Parafianie chcieli bojkotować diecezję i biskupa wywieźć na taczkach. Zrobiliby wszystko, byle by "Heniu" został z nimi.

 

W ubiegłą niedzielę pisałam na Facebooku o tym, byśmy w dużej wolności i posłuszeństwie podeszli do tematu, który wielu z nas teraz dotknie: "ZABIERAJĄ MI UKOCHANEGO KSIĘDZA!". Tak, wiem - łatwo się gada. Posłuchaj jednak pewnej historii…

 

Gdy byłam dzieckiem i nastolatką, w mojej rodzinnej parafii pracował ks. Henryk. Dla wielu autorytet. Nawet jeśli ktoś nie chodził do kościoła czy nie korzystał z sakramentów szanował go. Ten kapłan miał w sobie dużo ludzkiej życzliwości, pewien rodzaj spojrzenia na drugiego, który pociągał. W konfesjonale słuchał. Po 15 latach pamiętam jedną jedyną spowiedź, którą odbyłam u tego kapłana! Kazania czytał z kartki, ale nie przynudzał, wręcz przeciwnie. Cała parafia żyła nadzieją, że zastąpi wiekowego proboszcza i osiądzie w tym miejscu na stałe.

 

Dostał jednak inne zadanie. Został proboszczem, ale hen daleko. Pamiętam ten bunt, złość, rozgoryczenie. Parafianie chcieli bojkotować Pelplin i biskupa wywieźć na taczkach. Zrobiliby wszystko, byle by "Heniu" został z nimi.

 

W moim życiu było kilku takich kapłanów, za którymi tęskniłam. Byli dla mnie jak tata, którego wtedy trochę mi brakowało. Na ich miejsce pojawiali się jednak kolejni ludzie i to…dało mi rozwój. Droga rozwoju może nie być łatwa. Moja nie była. Łatwo się przywiązywałam, potem cierpiałam. Czy żal mi dziś tych relacji? Nie. Dały mi widzę, że dzięki tym personalnym zmianom szłam do przodu w rozwoju duchowym.

 

Kiedy w niedzielę publikowałam na Facebooku i ten wpis, o czymś jeszcze nie wiedziałam. Obecnie w mojej parafii pracuje czterech kapłanów. Dwóch z nich uwielbiam słuchać. Wczoraj dowiedziałam się, że obaj idą na studia. "O w mordę" - pomyślałam! "Tylko nie obaj".

 

Czy poczułam ukłucie w sercu? Owszem! Mimo że nasza relacja opierała się głównie na tym, że słuchałam ich kazań z otwartą buzią, są dla mnie iskrą w tym środowisku. Czy mam żal do naszego Arcybiskupa? Ależ skąd! Niech się panowie uczą - zasługują na to. Niech innych teraz pociągają do Boga! A Pan Bóg zatroszczy się o to, by wysłać kogoś nowego, kogoś, kto doda w tej parafii coś od siebie.

 

Nie porównuję nikogo. Po ludzku rozumiem jednak, że takie przenoszenia kapłanów bywają trudne - dla świeckich i dla nich samych. Naturalne jest to, że się przywiązujemy. Nie róbmy jednak z nich bożków i módlmy się za kapłanów - w każdym czasie i sytuacji. Oni potrzebują tego szczególnie teraz. Zostają wrzuceni w nowe środowiska, do których muszą się przyzwyczaić. Pomóżmy im w tym. Popatrzmy na nich także przez pryzmat ich przeżyć, bądźmy posłuszni decyzjom władz kościelnych. Posłuszeństwo to dar.

 

Tekst pochodzi z bloga niezawodnanadzieja.blog.deon.pl