Taka postawa przynosi najpiękniejsze owoce. Jak doświadczyć cudu?

Blogi Magdalena Urbańska
data16.08.2018 07:00

(fot. Ben White on Unsplash)

Gdy modliłam się o stałego spowiednika dla siebie, zobaczyłam pewnego kapłana. Czułam, że to właśnie on jest odpowiedzią na moją modlitwę. Kłóciłam się z Bogiem, długo szamotałam, aż w końcu zdecydowałam się zaufać temu, czego - jak mocno czułam - chciał ode mnie Jezus.

 

Jakiś czas temu pisałam o przenoszeniu kapłanów na nowe miejsca pracy i żalu wiernych. Rozważanie to skończyłam słowami, że posłuszeństwo to dar. Na prośbę Natalii chciałabym tę myśl rozwinąć...

 

Gdy modliłam się cztery lata temu o stałego spowiednika dla siebie, zobaczyłam pewnego kapłana. Czułam, że to właśnie on jest odpowiedzią na moją modlitwę. Kłóciłam się z Bogiem, mówiąc, że go nie znam, nic o nim nie wiem i nie podejdę tak zwyczajnie zapytać go o dłuższą, spokojną spowiedź. Szamotałam się długo, aż w końcu zdecydowałam się zaufać temu, czego - jak mocno czułam - chciał ode mnie Jezus. Byłam Mu posłuszna. Choć kosztowało mnie to wiele, jeszcze więcej otrzymałam. Cztery lata korzystałam z posługi wspaniałego kapłana, który potrafił nie tylko słuchać, ale także docierać mocno do mojego serca.

 

Dziś modlę się znów w tej samej intencji i słyszę odpowiedź Boga. Dziś nie będę się z Nim o to spierać. Teraz pytam tylko: "jak i kiedy mam znaleźć tego kapłana, by móc z nim porozmawiać?". Znowu Jezus pokierował mój wzrok na człowieka, którego nie znam. Dziś nie znają go także moi znajomi. Zaczynam od zera, zaczynam w postawie posłuszeństwa.

 

Zaufałam i działy się cuda

 

W maju byłam na rekolekcjach ignacjańskich. Gdy poczułam, że chciałabym na nie wrócić po 8-letniej przerwie, pytałam na modlitwie: "gdzie, Panie Jezu, mam pojechać? Gdynia, Warszawa, Zakopane?" Jednego byłam pewna - nie chciałam jechać do Porszewic. Miałam dwa powody - niechęć do modlitwy charyzmatycznej i obawa przed spotkaniem osoby, która przypominała mi kogoś sprzed lat. Jednak im dłużej się modliłam, tym bardziej widziałam Porszewice. To było dla mnie bardzo trudne i po ludzku niemożliwe! Po jakimś czasie się poddałam. Jest we mnie pewien rodzaj "przeczucia". Jezus pokazuje mi w nim bardzo dobitnie, czego ode mnie chce. Tak też było teraz.

 

Na tych rekolekcjach działy się cuda. Każdego dnia. Jak na taśmie filmowej widziałam moje lęki, problemy, zranienia. Jedno po drugim zostało uzdrowione, oczyszczone, pogłaskane. Myślałam w połowie rekolekcji, że już wszystko, już więcej nie ma, już mi wystarczy. Osoba towarzysząca mi na rekolekcjach powiedziała wtedy, bym nie kapitulowała. Mówiła, by do ostatniej minuty milczenia trwać w czasie rekolekcji.

 

Podczas ostatniego śniadania w ciszy jadłam przepyszny pasztet (wow! Jakie tam jest pyszne jedzenie!) i w sercu usłyszałam czuły szept: "dziękuję za twoje posłuszeństwo".

 

Łzy pociekły mi na talerz. Tak, przyjechałam na rekolekcje trochę wbrew sobie. Trwałam w nich mimo poczucia, że nie warto. A Jezus mi za to podziękował! Dał mi tak wiele, bo Mu na to pozwoliłam. Co by było, gdybym tam nie pojechała? Nie wiem. Myślę, że Jezus by sobie z tym poradził, ale czy ja bym sobie dała radę?

 

Posłuszeństwo temu, co przychodzi na modlitwie, nosi pewne zagrożenie - coś może nam się wydawać. Nie wszystko, co słyszymy, pochodzi od Boga. Sztuką jest rozeznać, co jest od Niego, a co nie. Ja się ciągle tego uczę i… patrzę na owoce.

 

A co z posłuszeństwem drugiemu człowiekowi? Przełożonym?

 

Nie jestem w takiej relacji. Nikomu nie obiecałam posłuszeństwa. Jestem jednak w małżeństwie i ślubowałam wierność. Co ma jedno do drugiego? To, że czasem robię to, czego mi się nie chce. To, że moje pragnienia muszą czasem zejść na dalszy plan. To, że dobro wspólne powinno być czasem większe niż moje własne - bo jestem częścią rodziny.

 

Dlaczego kapłan powinien być posłuszny swojemu biskupowi/prowincjałowi? Bo mu to obiecał! Wiem, że zdarzają się sytuację pewnych nadużyć wśród przełożonych. Wiem, że nie każdy jest na tyle dojrzały, by umieć decydować za drugiego człowieka. Ale czy na tym nie polega właśnie posłuszeństwo? Robię coś, mimo że może mi się to nie podobać?

 

O tym, co dzieje się z ludźmi nieposłusznymi, słyszymy czasem w mediach. Jedni dostają zakaz wystąpień publicznych, inni zostają odesłani na placówki na końcu świata. Czy to kara, czy konsekwencja własnego wyboru? Nie znam się. Nie wiem.

 

Marzę jednak o mądrych hierarchach w Kościele. Modliłam się o dobre decyzje dla mojego arcybiskupa, gdy nadszedł czas na zmiany personalne w parafiach.

 

Skarżyłam się w ostatnim tekście, że zabrano mi z parafii dwóch fenomenalnych kaznodziei. Dziś słyszałam kazanie nowego wikarego. Rozwaliło mnie totalnie. Jest kimś, o kogo się modliłam. Jest człowiekiem, którego słuchałam z otwartą buzią…

 

Czy chciałabym spowiadać się u nieposłusznego kapłana? Czy chciałabym, by uczył moich synów katechezy? Nie. Potrzebuję wokół siebie ludzi pokornych, by tej pokory się uczyć. Gdzie to zrobić, skoro przykład płynie z góry?

 

Tekst pochodzi z bloga niezawodnanadzieja.blog.deon.pl