Właśnie w tym tkwi sekret zwycięstwa Jezusa

Blogi tu-omnia-scis.blog.deon.pl
data04.02.2019 07:00

(fot. archiwum autora)

Wciąż słychać wśród chrześcijan całego świata: "Bóg chce Ciebie uzdrowić! Pan Ciebie chce uwolnić! Uwierz w Pana, a On Ciebie wyzwoli z tego, przez co cierpisz! Pan chce Twojego szczęścia!". O tak - to wszystko jest prawdą. No… półprawdą.

 

Tę ikonę namalował (lub napisał - jak kto woli) pan Grzegorz Niemyjski. Otrzymałem ją od niego i jego żony prawie dwa lata temu.

 

Dopiero przed trzema miesiącami zrozumiałem, jak wielką treść przedstawia - największego Przegrywa świata. Dzięki Bogu właśnie KOGOŚ TAKIEGO!

 

Wciąż słychać wśród chrześcijan całego świata: "Bóg chce Ciebie uzdrowić! Pan Ciebie chce uwolnić! Uwierz w Pana, a On Ciebie wyzwoli z tego, przez co cierpisz! Pan chce Twojego szczęścia!". O tak - to wszystko jest prawdą. No… półprawdą.

 

Papież Franciszek wielokrotnie wspomina, że trzeba Ewangelią ŻYĆ, a nie tylko o niej mówić. A Ewangelia przedstawia bardzo konkretną postać - Jezusa Chrystusa. Osoba ta, znana także jako Jezus z Nazaretu, żyła również w bardzo konkretny sposób. Powyższa ikona oddaje sedno Jego życia.

 

Spójrzcie na Jego ręce.

 

Są nienaturalnie wygięte w dół. Aż do przesady. I to jest najpiękniejsza treść tej ikony. Te ręce wypuściły wszystko. Nie mają niczego, czym byłyby w stanie się bronić. Cokolwiek próbowalibyśmy w te ręce włożyć - wypadnie. Nie ma w nich nic. Ani zwycięstwa, ani życia, ani obrony. Totalne nic.

 

I w tym tkwi sekret zwycięstwa

 

Jezus Chrystus, nasz Pan i Zbawiciel, zwyciężył tylko i wyłącznie dlatego, bo pozwolił na to, by ten świat uznał Go za Przegrywa. Śmiali się z Niego, kiedy wisiał na krzyżu. "Zejdź z krzyża!", "Innych wybawiał, niech teraz wybawi siebie!" - i co? Zszedł? Wybawił siebie? Bronił się? Nie.

 

I dlatego zwyciężył.

 

Od kilku miesięcy przegrywam. Straciłem to, co było dla mnie najcenniejsze (i w sumie wciąż takim jest). Usłyszałem wiele razy piękne przemowy dotyczące konieczności walki o swoje. Puściłem je mimo uszu. Bo patrzyłem na tę ikonę. Bo myślałem o moim Bogu i Zbawicielu. I stwierdziłem, że jeśli to, co dzieje się w moim życiu, ma upodobnić mnie do Niego - niech się tak stanie.

 

Strumień miłosierdzia wypłynął z przebitego serca Zbawiciela. To w Jego ranach jest nasze uzdrowienie. I wierzę świętej Matce Teresie z Kalkuty oraz Słudze Bożemu, abp. Fultonowi Sheenowi, że kiedy po śmierci stanę przez Jezusem, On spojrzy na mnie i zapyta: gdzie są Twoje rany na stopach i dłoniach? Gdzie jest rana zadana Twojemu sercu? Na ile upodobniłeś się do Mnie?

 

Te pytania poruszają mnie do głębi! Ostatecznie przecież chodzi właśnie o to! Po śmierci nie będę miał niczego w moich dłoniach - zero broni, darów, prezentów, a nawet argumentów. Będzie liczyło się tylko jedno - rany przyjęte z miłości. Bo tylko one będą dowodem miłości w moim życiu.

 

W sumie muszę się przyznać do jednego… Wiem, że to tylko część tego, co jeszcze przede mną. Bo w sumie za kilka miesięcy skończę 29 lat. Dopiero. I trochę się lękam - jak wiele jeszcze będzie trzeba przyjąć? To wie tylko On.

 

Jezus pozwolił na to, by ludzkość zobaczyła w Nim Przegrywa. Ostatecznie to Bóg Ojciec wywyższył Go ponad wszystko i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano. Przegrywać po ludzku, to ostatecznie zwyciężać po Bożemu.

 

Ewangelia nie obiecuje nam niczego poza tym, że jeśli zaufamy Bogu, to przejdziemy krzyże, na które natrafimy w naszym życiu. Bo Bóg pójdzie z nami tą krzyżową drogą. I zwyciężymy.

 

Będzie to Boże zwycięstwo. I dopiero wtedy będziemy szczęśliwi. Bo Bóg nie obiecuje, że krzyż zabierze. On obiecuje, że krzyż przetrwamy.

 

I to jest powód do szczęścia.

 

Tekst pochodzi z bloga tu-omnia-scis.blog.deon.pl