Kryzys wiary nie musi oznaczać jej końca

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data07.04.2019 08:00

(fot. depositphotos.com)

Zrozumiałam coś, co być może dla wielu osób jest oczywiste, ale dla mnie długo takie nie było - że mam prawo do pytań, do wątpliwości, do krytykowania wypowiedzi biskupów, które są dziwne. I że wcale nie oznacza to dla mnie ekskomuniki.

 

Kiedy zobaczyłam, że najnowszym tematem dla blogosfery Deonu jest opisanie swojej przemiany (oczywiście w ujęciu duchowym), pomyślałam sobie, że właściwie to odpadam w przedbiegach.

 

Moje życie religijne nie obfituje w mistyczne uniesienia - czegoś "nie z tej ziemi" doświadczyłam właściwie tylko raz. Nigdy nie byłam też typem fanki pielgrzymek na Jasną Górę czy stadionowych spotkań ze znanymi charyzmatykami, więc siłą rzeczy, nie mogłam wrócić z nich odmieniona. Kiedy jednak myślę o tym, jak wyglądało moje życie duchowe paręnaście lat temu i jak wygląda teraz, to dostrzegam istotną różnicę.

 

Doszłam do wniosku, że tym, co pomogło mi ogarnąć kościelną rzeczywistość i zbudować relację z Bogiem, był mój kryzys wiary, charakteryzujący się swego czasu dość ostrym przebiegiem. Ponieważ sama opuściłam już duchowy OIOM, a mój stan jest raczej stabilny, postanowiłam podzielić się tym, jak żyło mi się w obliczu zagrożenia duchowego życia i jak wyglądała religijna rekonwalescencja.

 

"A mój ksiądz ma dziecko!!!"

 

Choć nie wywodzę się z ortodoksyjnej rodziny, to jednak sprawy religijne dla mnie i osób w moim otoczeniu zawsze były istotne. W szkole podstawowej pilnie uczęszczałam na katechezę i wygrywałam religijne konkursy (serio!). Wszystko zmieniło się, gdy weszłam w okres burzy i naporu, któremu towarzyszy zwykle (tak było i u mnie) kryzys autorytetów. Na sprawy związane z wątpliwościami i niepewnością typowymi dla wieku dorastania, nałożyło się coś jeszcze - kiepsko prowadzone lekcje religii, uczestnictwo w szkolnych, niezbyt przemyślanych rekolekcjach i kilka księżowsko-obyczajowych skandali w moim rodzinnym mieście.

 

Konsekwencją tych niefortunnych zdarzeń było to, że moje podejście do Kościoła zaczęło się zmieniać. Zauważyłam to, czego mój dziecinny umysł nie był w stanie zarejestrować - uwikłanie Kościoła w politykę, fiksację wielu duchownych na sprawach seksu, traktowanie niektórych grup wiernych jako katolików drugiej kategorii, którym mówi się, jacy powinni być, przy jednoczesnym odmawianiu prawa głosu.

 

Kazania w mojej parafii powodowały u mnie wściekłość, z Lednicy, której hasłem było "Kobieta - dar i tajemnica", wróciłam z poczuciem niesprawiedliwości w zakresie traktowania przez Kościół osób różnych płci, a na antyklerykalnych forach znajdowałam wpisy w stylu "Mój proboszcz ma dziecko i nie płaci alimentów!!!". Napotkane autorytety religijne (między innymi katecheci) nie potrafili udzielić odpowiedzi na moje pytania, niekiedy racząc mnie truizmami w stylu "pewne sprawy są trudne".

 

I wtedy pojawiły się w mojej głowie myśli: a jeśli rację mają luteranie lub agnostycy? A może to wszystko to tylko wymysł mający sprawić, by ludzie oddali stery swojego życia w ręce kogoś, kto z chęci posiadania władzy mami ich życiem wiecznym, którego istnienia nie sposób wykazać ani jednoznacznie odrzucić?

 

Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest…

 

W moich duchowych rozterkach nie byłam osamotniona - całkiem sporo osób z mojego otoczenia było targanych różnego rodzaju wątpliwościami. Pamiętam wiele wieczornych (a nawet nocnych) dyskusji na tematy religijne i pokrewne, które kończyły się z jednej strony poczuciem, że dotykamy czegoś ważnego, a z drugiej - niedosytem, ponieważ pewne kwestie nadal pozostawały bez odpowiedzi.

 

Jednocześnie gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to myślę, że tak naprawdę wszyscy, którzy zmagaliśmy się wtedy z poważnymi wątpliwościami co do istnienia Boga, bardzo chcieliśmy Go odnaleźć. Te wszystkie intelektualne rozkminy przybrały u mnie dramatyczny obrót w sytuacji, gdy mierzyłam się z chorobą i śmiercią bardzo ważnej dla mnie osoby. Zaczęłam wówczas przedzierać się przez katolicką (i nie tylko) eschatologię i żywić szczere pragnienie, aby "pogłoska" o istnieniu Boga - nawet surowego i gniewnego - była prawdziwa.

 

Nic nie wydawało mi się wówczas tak przerażające, jak myśl o tym, że śmierć miałaby być końcem wszystkiego, bramą, za którą rozpościera się nicość. Odczuwałam więc coś w rodzaju głodu istnienia Boga. Nie spowodowało to jednak rzucenia się w wir praktyk religijnych, a raczej przyczyniło się do intensyfikacji poszukiwań. Moją modlitwą (jeśli można to tak nazwać, bo przecież nie byłam przekonana, czy Adresat w ogóle istnieje) stały się słowa jakże bliskiego mi wówczas Kochanowskiego: "Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości"…

 

"Szuka ten, kto wierzy"

 

Mój kryzys wiary nie zakończył się w sposób spektakularny - nie spadłam z konia (lub jakiejkolwiek innej wysokości) rażona blaskiem Stwórcy. Było to po prostu ukończenie pewnego procesu, który finalnie okazał się ważny i potrzebny. Przez cały ten czas próbując zrozumieć, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej, zaprzęgałam do roboty swój intelekt. Czas poszukiwań był dla mnie czasem intensywnej lektury - i to zarówno forów, na których królowali antyklerykałowie, jak i Ojców Kościoła.

 

Coś w rodzaju przełomu miało miejsce, gdy babcia mojego obecnego męża dała mi do rąk "Tygodnik Powszechny" (można powiedzieć, że doświadczyłam własnego "Weź, czytaj!"). Był to dla mnie początek nowego etapu - powoli zaczęło docierać do mnie, że w Kościele są ludzie, którym niezbyt po drodze z polską prawicą (która też ma w swoich szeregach wspaniałe osoby!) i dla których wiara to znacznie więcej niż tarcza do obrony światopoglądu. Pomyślałam więc - na początku dość nieśmiało - że skoro w Kościele są ludzie tacy, jak ks. Boniecki, ks. Tischner, Szymon Hołownia czy s. Chmielewska, to może znajdzie się miejsce także i dla mnie.

 

Zrozumiałam coś, co być może dla wielu osób jest oczywiste, ale dla mnie długo takie nie było - że mam prawo do pytań, do wątpliwości, do krytykowania wypowiedzi biskupów, które są dziwne. I że wcale nie oznacza to dla mnie ekskomuniki. Sądzę też, że dzięki mojemu kryzysowi zbudowałam autentyczną i opartą na zaufaniu relację z Szefem - choć może właściwsze byłoby powiedzenie, że w zbudowałam relację w ogóle, bo w czasach pacholęctwa Bóg był dla mnie bardziej straszliwą figurą, aniżeli żywą Osobą. Nie oznacza to, że sama przyznałabym sobie medal dla Katoliczki Roku - w moim duchowym życiu zdarzają się wzloty i upadki, a w mojej relacji z Najwyższym pojawiają się zgrzyty. Mam jednak poczucie, że wiem, w co wierzę - i tym razem jest to mój świadomy wybór.

 

Rzecz jasna, bardzo szanuję i podziwiam osoby, których wiara zawsze płonęła "jasnym płomieniem" - ja jednak musiałam stanąć oko w oko z wątpliwościami, aby odkryć katolicyzm dla siebie. Na podstawie własnych doświadczeń mogę więc powiedzieć każdemu, kto zmaga się z kryzysem wiary, by nie starał się go za wszelką cenę "gasić" ani ignorować. Pytania, które kłębią się w naszej głowie, warto wyartykułować, podobnie jak rozczarowanie kościelną rzeczywistością i wszystkie trudne doświadczenia związane z relacją z Szefem.

 

Kryzys wiary nie musi oznaczać końca - może stać się początkiem czegoś bardziej dojrzałego, trwałego, po prostu naszego. Wciskanie się w pierwszokomunijny garniturek lub sukienkę nie załatwią problemu - nasza pobożność musi podlegać zmianom. Dla ukojenia tych, którzy zastanawiają się, czy takie poszukiwania nie oddalą ich ostatecznie od Boga, chciałabym podzielić się cytatem z ks. Tischnera, który przeczytałam już po nawróceniu i który naprawdę mocno utkwił mi pamięci: "To nie poszukiwanie wiary jest źródłem wiary, ale wiara jest źródłem poszukiwania. Nikt nie szuka, nie wierząc, że znajdzie. Szuka ten, kto wierzy". A zatem, jak mówi młodzież, keep calm. Znajdziesz.

 

Brać, co dają?

 

Jasne, Kościół to nie catering dietetyczny - nie mogę wybrać sobie stałego menu według własnych upodobań. Decydując się na bycie we wspólnocie, przyjmuję do wiadomości, że w pobliżu mnie (a już na pewno w zasięgu moich odbiorników radiowych) znajdą się pazerni księża, niekompetentne katechetki i katolickie poradnie małżeńskie, których personel chętnie wytłumaczy młodym dziewczynom, czy kobieta może nie chcieć wyjść za mąż i dlaczego jednak musi chcieć. Mogę - i powinnam - wybierać media czy spowiedników, którzy sprawiają, że wzrastam duchowo, zamiast zapadać się w bagno frustracji.

 

Przy odrobinie wysiłku naprawdę możliwe jest namierzenie kościołów czy duszpasterstw, gdzie na pierwszym miejscu stawiana jest Ewangelia, a nie polityczne upodobania proboszcza.  Jednocześnie wiem, że będąc w świętym Kościele, na pewno spotkam ludzi, którym (na ten moment) daleko do postawy świętych mężów. Choć czasami czuję wściekłość i ogromny żal wobec ludzi Kościoła (na przykład gdy dowiaduję się o cenzurze wobec s. Olech na EKAI), to jednak nie mam ochoty się stąd zwijać.

 

W takich sytuacjach bardzo mocno przyklejam się do porównania użytego przez Szymona Hołownię, jakoby poczta nie traciła racji bytu dlatego, że ten czy inny listonosz pije - tak samo Kościół (choć jego personel robi niekiedy rzeczy znacznie od picia gorsze) ma sens i jest mnie (a w teologicznie nam wszystkim) bardzo potrzebny. Nikt nie obiecywał przecież, że moja wspólnota będzie wolna od patologii.

 

Wierzę natomiast obietnicy samego Szefa, że jeśli będę podążać zgodnie z drogowskazami wytyczonymi przez tę nieidealnie funkcjonującą wspólnotę, to dojadę w miejsce, gdzie złem nie będę musiała się przejmować - bo ono zwyczajnie nie może tam istnieć.

 

Tekst pochodzi z bloga katolwica.blog.deon.pl.