Jestem katechetą, by dawać dzieciakom to, czego często nie mają w domu

Blogi Rafał Indyk
data08.04.2019 07:42

(fot. depositphotos.com)

Wiecie, ile młodych ma poczucie, że są najgorsi na świecie i że nic im w życiu nie wychodzi? I właśnie dlatego nigdy nie ucieknę i nie odepchnę dzieciaka, który z płaczem idzie się do mnie przytulić, bo "w domu to czy tamto". Nie chcę być kolejną osobą, która odepchnie niewinną i szukającą miłości istotę!

 

Siedzę w kawiarni, czekając na lekcje z moimi licealistami, popijam kawę, jem dobrego owocowego eklera. Zaczynam rozmowę z moją dobrą koleżanką, z osobą, którą szanuję i podziwiam za to, co i jak robi w życiu. Od słowa do słowa zaczynamy rozmawiać o sytuacji nauczycieli w Polsce. Był to temat przechodni, ale uruchomił we mnie coś, co gra mi w sercu już od jakiegoś czasu. I tak, jak jej napisałem pod koniec rozmowy: "Przelało mi się!". Dlatego powstał ten emocjonalny, trudny i chyba raczej smutny tekst.

 

Krótka historia z lekcji. Zawsze po mojej katechezie, dzieciaki ustawiają się w pary, żeby, gdy tylko zadzwoni dzwonek, móc pobiec do łazienki, umyć sobie ręce przed tak zwaną "śniadaniówką". Zaczynamy manewry 2-3 minuty przed końcem. Ustawiam się jako pierwszy. Podbiega do mnie zawsze chłopiec i łapie mnie za rękę. Nie byłoby to nic dziwnego i wie o tym każdy nauczyciel uczący w klasach z nauczaniem początkowym, gdyby nie to, że mam z tym chłopcem (zresztą nie tylko ja, ale również wychowawca) bardzo duże problemy wychowawcze. Zawsze, kiedy coś złego się wydarzy, młody płacze. Płacze, ale nie tak jak każde dziecko - płacze krzycząc, szlochając. Staje sztywno, zgrzyta zębami i roni wielkie łzy. Czasem nawet zaciska pięści, a ja muszę uważać, żeby zaraz nimi nie oberwać. Po takiej "rozmowie", po kilku minutach łapie mnie za rękę i każe mi "sprowadzić się do swojego poziomu" i szepcze mi do ucha: "Lubię Pana, bo Pan ma takie ciepłe i miłe ręce!"

 

Początkowo bardzo mi to schlebiało, bo pomyślałem, że takie sytuacje pokazują, że jestem w dobrym miejscu, że dobrze wybrałem swój zawód i że jestem szczęśliwcem, bo ani uczniowie, ani rodzice, ani nauczyciele, ani dyrekcja nie robią mi kłopotów z powodu mojego teologicznego wykształcenia. Nie dostaję po uszach za system uczenia religii w szkołach. Co więcej, dzieciaki mnie lubią i pozwalają "wejść na swój teren". Nie raz i nie dwa słyszałem: "Jesteś takim samym nauczycielem jak my! Pracujesz, wychowujesz, wiążesz sznurówki, wycierasz nosy i rozdzielasz bijących się awanturników. Co więcej, jak sobie któreś dziecko zrobi coś na Twojej lekcji, będziesz miał takie same kłopoty. Jesteś nasz".

 

Zaraz potem pomyślałem, że historia ta wcale nie jest z serii szczęśliwych. Kiedy popatrzyłem dalej, niż na czubek swojego własnego nosa, zobaczyłem, że młody reprezentuje sporą grupę dziaciaków mających wielkie problemy emocjonalne. Nie, nikt go w domu nie bije, jest kochany, akceptowany. Ale tak działamy jako świat… Właśnie tak dzieci odbierają naszą dorosłą rzeczywistość, a my, chcąc - nie chcąc, robimy im wielką krzywdę.

 

I cieszę się niesamowicie, że pracuję w szkole, będąc katechetą, i - przede wszystkim - facetem. Każdy nauczyciel widzi, jak bardzo młodym brakuje wzorców, jak bardzo dzieciaki są pokiereszowane rozwodami, alkoholizmem ojców, zajmowaniem się (nas dorosłych) tylko wirtualnym światem, podnoszeniem głosu z byle powodu, materializmem, modą na idealną rodzinę świetnie wychodzącą na "Insta". Dzieciaki przychodzące do szkoły są tymi samymi dzieciakami, które w domu - niestety coraz częściej - nie dostają tego, co im się po prostu należy.

 

I właśnie dlatego jestem nauczycielem. I właśnie dlatego nie chcę pracować w markecie, w którym zarobki są dwa razy większe od tych, które dostaję jako nauczyciel (jeszcze nawet nie-stażysta), i właśnie dlatego nie chcę pracować w korporacji, za biurkiem, przy komputerze. Chcę mieć realny wpływ na to, jak zmienia się życie ludzi, którzy potrzebują innych, żeby móc jakoś wyprostować to, co im pokrzywiono! Wiecie, ile dzieciaków się przytula? Ile woła swoim zachowaniem o akceptację? Ile mimochodem mówi o tym, że oberwało od mamy albo od taty za nieposłuszeństwo? Ile z nich jest niewysłuchanych? Ile młodych ma poczucie, że są najgorsi na świecie i że nic im w życiu nie wychodzi?

 

I właśnie dlatego nigdy nie ucieknę i nie odepchnę dzieciaka, który z płaczem idzie się do mnie przytulić, bo "w domu to czy tamto". Najwyżej pójdę siedzieć! Ale nie chcę być kolejną osobą, która odepchnie niewinną i szukającą miłości istotę!

 

Dokąd idziesz świecie?! Jesteśmy biedni jako ludzie, jeśli robimy dzieciakom taką krzywdę! Dzieci "nie służą" do niczego innego, jak tylko do kochania i akceptowania! I nieważne jest to, czy ono ma talent muzyczny, umie jeździć na koniach, programuje, czy "jedynie" lubi spędzać z Tobą czas na długich spacerach. Kochajmy dzieciaki, po prostu.

 

I wiem, wszystko to brzmi bardzo patetycznie. Ale to jest mój krzyk do tych, którzy mają wpływ na wychowanie dzieci. Uważajcie - to są żywe istoty, które chłoną Was, jak gąbka.

Kochajmy dzieci!

 

Tekst pochodzi z bloga patrzaczgory.blog.deon.pl