Jak zaakceptować nowego księdza w parafii?

Blogi mysliwypowiedziane.blog.deon.pl
data01.05.2019 08:00

(fot. pl.depositphotos.com)

Kiedy kilka lat temu do mojej parafii przyszedł nowy ksiądz, jawił się jako ktoś zupełnie obcy, nieprzystający do naszego "domu". Dziś wiem, jak ciężko musiało mu być.

 

Kilka miesięcy temu zmieniłam pracę. W dotychczasowej to ja wprowadzałam nowych pracowników, przekazując to, co najważniejsze i pozwalając jak najpłynniej wejść w życie domu. Tym razem stanęłam wobec trudnej sytuacji bycia "nową". Jak się czułam?

 

Jak intruz. Jak ktoś, kto z butami wchodzi do cudzego życia. Siedemnaścioro dzieci śledziło każdy mój krok i wsłuchiwało się w każde słowo, próbując nie tylko mnie wyczuć, ale również (a może przede wszystkim) przetestować. Sprawdzały moją wytrzymałość, opanowanie i kompetencje. Tak - one "przeżyły" już niejednego wychowawcę i śmiało wchodziły w rolę członków najwyższej komisji ds. oceny nowego personelu. Momentami było naprawdę ciężko i niejednokrotnie słyszałam, że pan X był lepszy niż ja, że lepiej, żeby mnie nie było… Na każdym kroku wyczuwałam ich czujność i nieufność.

 

Mimo wszystko trwałam. Czasem jednak przychodziła refleksja, że to przecież nie mój, ale ich dom, że może powinnam się podporządkować. Tylko, gdzie w takim razie byłabym ja? Ja, jako osoba, pedagog, wychowawca - przecież miałam im tyle do zaoferowania.

 

Cierpliwie czekałam, aż zauważą, że nie jestem intruzem, że jestem dla nich i chcę im dać siebie.

 

Teraz już chyba zauważają, ale naprawdę potrzeba było dużo czasu, żeby zostać przyjętą do domu. Nie jak gość, nie jak intruz, ale jak członek wspólnoty.

 

Kiedy kilka lat temu do mojej parafii przyszedł nowy ksiądz, byłam jak te moje dzieci. Pod lupę wzięłam jego kazania, sposób mówienia, próby adaptowania się w nowym miejscu i angażowanie się w życie naszych wspólnot parafialnych. Byłam krytyczna i niejeden raz w rozmowach z różnymi osobami pozwalałam sobie na porównania.

 

Poprzednik nowego księdza był nasz, a nowy wikary jawił się jako ktoś zupełnie obcy, nieprzystający do naszego "domu". Mówił inne kazania, nie uśmiechał się do dzieci, trudno nawiązywał relacje. Niejeden raz wzdychałam do przeszłości - żeby wrócił ten nasz, że lepiej by było …

 

Dużo czasu minęło, zanim my, jako parafia, zaakceptowaliśmy nowego księdza. Zanim go przyjęliśmy - nie fizyczne, ale sercem. Dużo krytyki miało miejsce, zanim naszą czujność i nieufność zastąpiła otwartość na wszystko, co miał nam do zaoferowania "świeży" członek wspólnoty.

 

Dziś wiem, jak ciężko musiało mu być. Nie było siedemnastu par oczu i uszu, ale o wiele, wiele więcej. O wiele więcej oczekiwań, "wiem lepiej", zawoalowanych "niech ksiądz się podporządkuje i będzie taki jak MY chcemy". Ile lęku, obaw, niepewności pojawiło się wtedy w kapłańskim sercu, które w nowym dla siebie miejscu i środowisku miało być naszym pasterzem - "z ludu wziętym, dla ludu ustanowionym"?

 

Ksiądz przetrwał i został w naszej parafii dość długo, dzięki czemu stał się Nasz. Kiedy odszedł, zrozumiałam, jak wiele dobra po sobie pozostawił. I podziękowałam mu, z wielkim żalem przepraszając za to, co myślałam wcześniej.

 

Odnosząc to wszystko do swojego doświadczenia, uzmysławiam sobie, że nie jest łatwo wejść w środowisko, w którym wszystko jest już poukładane, gdzie oczekuje się od nas, że wpiszemy się w pewne schematy, zapominając o tym, co ze sobą chcielibyśmy wnieść. Nie jest też łatwo być następcą kogoś, kto swoim byciem, swoją osobą mocno wpisał się w daną wspólnotę, czy to parafialną, czy jakąkolwiek inną.

 

A przecież każda nowa osoba wraz ze swoją innością przynosi również powiew świeżości. Tak patrząc, mamy szansę również dać szansę - na łatwiejsze wejście w środowisko i na wcześniejsze odnalezienie tego, co łączy a nie dzieli. Dotyczy to również księży, których przyjmujemy w naszych wspólnotach.

 

W środowiskach, które od lat są naszym domem. Kapłanów, którzy wciąż na nowo stają przed podobnymi wyzwaniami, mierząc się po raz kolejny z oczekiwaniami coraz to nowych par wpatrzonych w nich oczu i uszu.

 

I jeszcze warto byłoby podziękować - za tę cierpliwość do nas wiernych, tak często niewierzących, że naprzeciwko nas stoi człowiek. Kapłan -  człowiek, tak samo pełen pytań, wątpliwości, lęków i niepewności o jutro, zerkający zza ołtarza na twarze nieoswojone, nieznane, a czasem niepokojące.

 

Tekst pochodzi z bloga mysliwypowiedziane.blog.deon.pl.