Znudzeni pasterze urzędnicy i wyzwolone owce. Lekcja płynąca z ubłoconych butów biskupa

Rafał Krysztofczyk
data27.07.2019 07:00

(fot. shutterstock.com / facebook.com)

Kilka tygodni temu światowe media obiegło zdjęcie kostarykańskiego biskupa śpiącego na jakiś liściach w puszczy. Na nogach miał ubłocone buciory. Okazało się, że biskup niósł dary do oddalonego o wiele kilometrów plemienia indiańskiego i choć dla biskupa taka posługa nie była niczym nadzwyczajnym, to zamieszczone zdjęcie robi niesamowite wrażenie.

 

Od razu zaznaczam, że na dzień dzisiejszy nie oczekuję od żadnego z naszych biskupów, aby spał w lesie na ściółce. Ów biskup potraktował bardzo dosłownie słowa Jezusa o pasterzu i owcach powierzonych jego pieczy. Widać nie było innej możliwości, więc wziął plecak na ramiona i poszedł do ludzi, którzy na niego czekali, a że się zmęczył to położył się na ziemi i usnął.

 

Opowiadał mi kiedyś znajomy Syryjczyk, że u nich jak na hali pasą się owce różnych pasterzy, to każde stado rozpoznaje swojego właściciela po jego głosie. Nie o niczym innym mówi też Jezus. Przypuszczam jednak, że gdyby owce widziały swojego pasterza od czasu do czasu, to ta ich znajomość byłaby bardzo marna.

 

Uważałem i uważam, że podstawowym problemem naszego Kościoła jest to, że duchowni wszystkich szczebli stracili kontakt z rzeczywistością w której przyszło im żyć. Stracili kontakt i autentyczną więź ze swoimi wiernymi. Pasterz przestał znać swoje owce, a owce przestały znać pasterza. Pasterz zamiast czułego spotkania ze swoim stadem, został pasterskim urzędnikiem. Procedury są zachowane, papiery w porządku, statystyki można różnie interpretować, a owce namawiać, żeby były grzeczne, żeby nie uciekały, bo stado wilków tylko czeka aby je pożreć. Tyle, że współczesna owca jest niegrzeczna, ceni sobie wolność, jakkolwiek by ją rozumiała, papiery ją nudzą, a z wilków się śmieje. Ot i bałagan, zupełnie jak w dowcipie o dwóch radzieckich turystach w Paryżu:

Postanowili sobie kupić samochód, poszli więc do urzędu miejskiego i mówią urzędnikowi - chcemy kupić samochód. Ten nieco zdziwiony pyta - a pieniądze macie - mamy - odpowiadają. - No to kupujcie. No tak - mówi jeden z nich, ale jak kupimy, to możemy jechać na wycieczkę? Ludzie - mówi urzędnik, lejcie benzynę do baku i miłej drogi. Wania i Sasza popatrzyli na siebie, wyszli z pokoju i jeden z nich stwierdza: "Patrz tyle lat po wojnie, a u nich taki bałagan". No więc możemy się zgodzić, że bałagan z tymi owieczkami jest, ale pasterz z Ewangelii też lekko nie miał. Wprawdzie raz zwiała tylko jedna, ale tak w ogóle to On przyszedł właśnie po to, aby tych zagubionych owiec szukać.

 

Ale jak można kogoś szukać jak się go nie zna? Jasne, najlepiej lubimy te piosenki, które już znamy i równie przyjemnie i komfortowo czujemy się wśród ludzi, których też znamy i wiemy czego po nich się spodziewać, i czego od nich oczekiwać. Tyle, że to nie jest strategia apostolska, tylko strategia znudzonego urzędnika, który czeka tylko na koniec pracy. Nie mogę się powstrzymać by w tym kontekście nie przytoczyć anegdoty opowiedzianej przez dominikanina O. J. Kłoczowskiego:

 

Otóż pewien nasz rodak zabił w afekcie swojego ojca. Poczuwszy żal, poszedł porozmawiać do księdza  anglikańskiego. Ten jak prawdziwy dżentelmen wysłuchał go, uświadomił mu jak ciężkiego dopuścił się grzechu, zalecił pokutę i modlitwę o nawrócenie. Mężczyzna wracając do domu przez Niemcy, poszedł tym razem do pastora. Ten nie przebierając w słowach wyzwał go od najgorszych drani, ale docenił żal i skruchę i wezwał go do zadośćuczynienia za zło, które wyrządził. Już w Polsce ciągle targany wyrzutami sumienia, uklęknął w konfesjonale i mówi do spowiednika: proszę księdza, ja zabiłem swojego ojca. Z za kratek słyszy znudzone - ile razy?

 

Mamy więc jakże często może znudzonego, może zniechęconego parafialnego urzędnika z jednej strony, a z drugiej petenta, który przychodzi do kościoła "na wszelki wypadek", albo by załatwić usługę kościelną. Zapotrzebowanie na nią jest ciągle jeszcze duże, więc można wyciągnąć wniosek, że wcale nie jest tak źle jak niektórzy mówią i piszą (patrz autor bloga). Tak naprawdę ani jedna ani druga strona nie jest z tego powodu szczęśliwa i w głębi serca szuka czegoś innego, czegoś co jej pracy nada sens, a życiu wartość.

 

Tu nie ma czasu na "gdybanie", bo czas nie ma zwyczaju czekać. Wielu, także duchownych, proponuje głęboką reformę nauczania w seminarium, dziś rola księdza jest inna niż choćby pięćdziesiąt lat temu. Dziś wiemy dużo więcej o potrzebach człowieka niż kiedyś. Trzeba nauczyć się rozpoznawać te potrzeby i odpowiadać na nie. Zmieniła się radykalnie sfera relacyjności z innymi ludźmi. Wielu pojęciom jak chociażby wspólnota trzeba nadać nową formułę. By zmienić oblicze świata nie wystarczy powiedzieć mu "nie". Istota kapłaństwa jest niezmienna, ale dziś może bardziej niż kiedykolwiek, wierni potrzebują empatycznego przewodnika, który nie tylko wskaże drogę, ale zatroszczy się o nich, szczególnie o tych, co wleką się gdzieś " w ogonie" On ma tak prowadzić, aby dostrzec najsłabszych i pogubionych, bo tak jak Jezus nie przyszedł  leczyć zdrowych, tylko źle się mających, tak i teraz kapłan, jak mówi kochany Franciszek, ma wyjść na peryferie. To prawda, że są wśród nas księża, kapłani, którzy otwierają szeroko ramiona, którzy swoją wiarą karmią każdego, którzy czekają i wybiegają naprzeciw.

 

To ani kiedyś, ani i dziś nie jest wydumany problem - brakuje tych robotników na żniwa pańskie i z pewnością najemnicy tego problemu nie rozwiążą. Tych pytań i refleksji jest ogromnie dużo, tylko starsi naszego Kościoła albo ich nie słyszą, albo, nie daj Boże, nie chcą usłyszeć.

 

Tekst pochodzi z bloga rafal.blog.deon.pl