Doświadczyłam cudownego działania modlitwy, ale musiałam o nią walczyć

maranatha.blog.deon.pl
data08.06.2018 07:00

(fot. shutterstock.com)

Skoro relacja z Jezusem jest tak ważna dla mnie, to dlaczego codzienne sprawy i obowiązki zajmują więcej miejsca w moim sercu niż On? Dlaczego zaliczenie następnego punktu z listy jest bardziej pilne niż modlitwa, która przecież jest spotkaniem z moim Panem?

 

Czy nie byłoby cudownie, gdybym na spotkanie z Panem czekała tak, jak na telefon od przyjaciółki, kiedy to z prawdziwą niecierpliwością czekam, by usłyszeć co u niej i opowiedzieć jej o swoim dniu? Codziennie powtarzam Jezusowi, że go kocham, że jest moim przyjacielem, ale w międzyczasie, kiedy przychodzi czas na codzienny rachunek sumienia lub medytację, moje wcześniejsze deklaracje są tylko pustymi frazesami, a modlitwa jest raczej jak obowiązek niż przyjemność spotkania z moim Panem.


W swoim życiu doświadczyłam cudownego działania modlitwy. W czasie, kiedy moje serce bardzo bolało, kiedy na moment straciłam nadzieję, modlitwa stała się moim wybawieniem. Poczułam jak poprzez modlitwę, Jego ręka jakby zakryła moje serce, bym idąc do pracy, znów mogła usłyszeć śpiew ptaków, bym mogła znów powiedzieć, że będzie dobrze, że wszystko się jakoś ułoży. Tak silne doświadczenie działania modlitwy powinno więc ugruntować mnie w tej praktyce. Są jednak wciąż momenty, kiedy zupełnie tracę motywację i modlitwa sprawia mi wiele trudności.


Brak widzialnych i odczuwalnych owoców modlitwy może być jednym z powodów problemów z nią. Kiedy się modlimy i kontemplujemy, ale nie widać owoców tej kontemplacji, tracimy zapał, przychodzą myśli, że to nie ma sensu, że to strata czasu, bo Bóg do mnie nie mówi. Kiedy przychodzą momenty zniechęcenia do modlitwy, bo nie widać owoców, bo jest ona tak bardzo niedoskonała, pełna rozproszeń, to musimy sobie uświadomić, że podstawą modlitwy, jest nasza wierność. Modlitwa to kwestia naszego wyboru, naszej decyzji, którą musimy podejmować pomimo zniechęcania i lenistwa, czyli wbrew naszym uczuciom. Nie jest aż tak istotne czy modlitwa nam wychodzi, bo przecież mamy skupiać się na Nim, a nie na sobie, a roztargnienia mogą stać się przydatne, by uczyć nas pokory, pokazywać nam nasze słabości i wciąż nieuporządkowane obszary naszego wnętrza.


Problem może również leżeć w tym, że nie słyszymy Boga, bo jesteśmy za daleko, żeby Go usłyszeć. Natłok codziennych spraw, zaliczanie kolejnych spraw z listy rzeczy do zrobienia, zajmują nie tylko większość mojego czasu, ale też i mojego serca. Skoro relacja z Jezusem jest tak ważna dla mnie, to dlaczego codzienne sprawy i obowiązki zajmują więcej miejsca w moim sercu niż On? Dlaczego zaliczenie następnego punktu z listy jest bardziej pilne niż modlitwa, która przecież jest spotkaniem z moim Panem? Modlitwa nie powinna być tylko chwilowym oderwaniem od naszych obowiązków, a jeśli tak jest, to konsekwencją będą problemy z usłyszeniem Boga, bo żeby Go usłyszeć potrzeba wyciszenia. Modlitwa to - jak w przypadku Mojżesza, kiedy po raz pierwszy spotyka Boga - "wejście na górę", bo tylko tam można spotkać Boga na osobności. To "zdjęcie butów", bo przecież spotykam się z kimś tak potężnym, moim stworzycielem i staję przed Nim boso, czyli bez masek, odsłaniając siebie prawdziwego, bo tylko wtedy możemy nawiązać prawdziwy kontakt z Bogiem. To właśnie wtedy, w odosobnieniu, "na górze", w czasie modlitwy, Bóg może mnie przemieniać, mówić mi co mam robić, dawać wskazówki i kierować moim życiem. Bez tego, bez codziennego spotykania się ze swoim Stwórcą, idę jakby na oślep.


Gdy chcemy wykształcić mięśnie, by nasze ciało wyglądało lepiej, musimy regularnie ćwiczyć, bo jak tylko przestaniemy, mięśnie stopniowo zanikną. Tak też jest z modlitwą. Jeśli nie podejmuje tego trudu to mój kontakt, moja relacja z Bogiem się osłabia. Modlitwa to niejako walka, którą musimy podejmować codziennie, przeciwko naszemu zniechęceniu, lenistwu i pochłonięciu sprawami codzienności. Walka, by utrzymać serce przy Bogu.

 

***

 

Tekst pochodzi z bloga maranatha.blog.deon.pl