Modliłam się o dobrego spowiednika. Odpowiedź była niespodziewana

Blogi niezawodnanadzieja.blog.deon.pl
data03.03.2018 08:00

(fot. shutterstock.com)

"Gdy szukałam spowiednika trzy lata temu, dużo się w tej intencji modliłam. Pewnej niedzieli spojrzałam na kapłana stojącego przy ołtarzu...".

 

Po kilku latach, gdy trafiłam do duszpasterstwa akademickiego, pewne rzeczy zaczęły się zmieniać. Poznałam Kościół z innej strony - uśmiechniętej, pełnej radości i wierzącej w to, że Bóg kocha - nie tylko innych, ale również mnie.

 

Minęło kilka lat, zanim zaczęłam poważnie traktować zaproszenia, które wysyłał mi Pan Bóg. Czułam, że wiele się we mnie zmienia, że przyszedł czas, by się przełamać i szukać stałego spowiednika, który pomógłby mi ogarnąć to, co kulało.

 

Popełniłam na tym polu wiele błędów i nazbierałam cały worek zranień. Dziś nie pytam ludzi, ale Boga - gdzie jest kapłan odpowiedni dla mnie? Choć brzmi to bardzo górnolotnie, to patrząc na ostatnie 7 lat mojego życia - dostawałam bardzo konkretne odpowiedzi. Gdy szukałam spowiednika trzy lata temu, dużo się w tej intencji modliłam.

 

Pewnej niedzieli spojrzałam na kapłana stojącego przy ołtarzu i poczułam, że to on. "Ha ha ha, bardzo śmieszne, Panie Jezu!" - taka była moja pierwsza reakcja. Nie znałam go, nie wiedziałam, jak do niego podejść, by nie zostać potraktowaną jak niezrównoważona… Taka wewnętrzna szamotanina trwała kilka tygodni. Gdy w końcu zdecydowałam się zapytać go o spowiedź - zachowywał się tak, jakbyśmy się znali od dawna, a moja prośba nie była niczym niezwykłym.

 

Po pierwszej, dziesiątej, piętnastej spowiedzi u tego kapłana wiedziałam, że to, co usłyszałam wtedy na mszy, było prawdziwe - relacja z tym księdzem daje mi niesamowitą wolność, a jednocześnie sprawia, że się rozwijam. Jak?

 

Przede wszystkim stały spowiednik motywuje mnie do tego, by się do sakramentu przygotować porządnie. Wstyd przyjść i pokazać, że tak trochę wiem, a trochę nie wiem, z czym przychodzę. To mnie mocno motywuje do tego, by dbać o częsty rachunek sumienia…

 

Gdy patrzę na swoje życie, staram się zadawać sobie trzy pytania:

 

  • Jak wygląda moja relacja z najbliższymi - mężem, dziećmi itd?
  • Jak wygląda moja relacja z Jezusem?
  • Jak traktuję samą siebie?

 

Choć wydają się bardzo ogólne i na pozór pokazujące niewiele - prowadzą mnie w modlitwie na głębokie rejony mojego serca.

 

Spowiedź jest dla mnie spotkaniem. Nie zawsze czuję się po niej jak ptak. Nigdy jednak nie wyszłam z niej przybita. Mój spowiednik pomaga mi spojrzeć szeroko na to wszystko, co się wokół mnie dzieje - sama często nie widzę źródła swoich problemów, których rozwiązanie niejednokrotnie jest na wyciągnięcie ręki. Ten sakrament daje mi poczucie, że jestem kochana "pomimo". Nie muszę być nieomylna, by być ważna, akceptowana, chciana, piękna i dobra. Taką stworzył mnie Bóg i taką widzę siebie w momencie rozgrzeszenia.

 

Kiedyś bardzo wstydziłam się spowiadać u księży, którzy mnie znali. Dziś czuję zupełnie odwrotnie - mam wrażenie, że tylko przed kapłanem, z którym mam jakąś relację - którego znam i mu ufam - potrafię się otworzyć. W obecnej relacji doświadczam tego bardzo mocno. Potrafię przeskoczyć moje psychiczne opory, a mój wstyd mnie nie paraliżuje.

 

Ze spowiedzi nie korzystam regularnie - tzn. nie wyznaczam sobie terminu, np. co miesiąc. Umawiam się na nią wtedy, gdy czuję taką potrzebę. Czasem co 3 tygodnie, a czasem co 8… Tak jak podpowiada mi moje sumienie.

 

Przez to, że spowiadam się, siedząc naprzeciwko drugiego człowieka (a nie w konfesjonale), ważne jest dla mnie to, bym czuła się bezpieczna i akceptowana przez księdza. Ważne jest, jakim językiem do mnie mówi. Duże znaczenie ma jego wiek i podejście do tego, że czasem się spóźniam (mam wybitne szczęście do stania w korkach!). Od jakiegoś czasu walczyłam sama ze sobą, by nie korzystać z gotowych formułek spowiedzi. Dlaczego? Bo chciałam, by to spotkanie było moje, a nie zamknięte w sztywne ramy, które nie pomagały mi w niczym.

 

Gdy rozmawiam z moim spowiednikiem, zaczynam od razu (po znaku krzyża) mówić, z czym przyszłam. Daje mi to duże poczucie odpowiedzialności za to spotkanie i jestem wdzięczna mojemu jezuicie, że się na to zgadza - wszak nie każdemu kapłanowi to odpowiada.

 

Lubię spowiedź. Nie jest to dla mnie już droga przez mękę, ale miejsce wielkiego przytulenia mnie razem z moim brakiem. Jest czasem, gdy sacrum spotyka się z profanum. Jest miejscem, gdzie w 100% mogę być sobą i wiem, że nikt mnie za to nie odrzuci. Mogę poczuć się dzieckiem Tego, który ukochał mnie bez końca…

 

*  *  *

 

#MojaSpowiedź ||| Tekst pierwotnie ukazał się na blogu niezawodnanadzieja.blog.deon.pl w ramach wspólnego projektu blogerów z platformy blog.deon.pl. Nasi blogerzy dzielą się swoim doświadczeniem spowiedzi.